RELACJE Z REJSÓW
|  Strona główna  |  Relacje z rejsów   |    

Skok na Dodekanez

Kończąc piękny rejs po Cykladach i wodach wschodniej części Peloponezu w maju 2004 roku postanawiamy w przyszłym roku popłynąć na Dodekanez. W listopadzie podejmujemy ostateczna decyzje. Korzystając z przywileju stałego klienta czarterujemy jacht w firmie Kiriacouls. Z ich strony internetowej dowiadujemy się o zakupach nowych jachtów na sezon 2005. Wybór pada na nową Bawarię 46 Cruiser. Łódka "zaklepana", bilety lotnicze wykupione. Klamka zapadła i możemy spokojnie zapaść w "sen zimowy".  

Ostatni tydzień kwietnia 2005: wyciągamy nieużywane od roku ciuchy łódkowe, kupuję nowe baterie do zabieranego na wszelki wypadek starego Garmina 12, trochę zakupów żywnościowych i 30 kwietnia ląduję wraz z załogą o 3 rano na lotnisku "El.Venizelos". Autobus linii E96 wiezie nas pod samą marinę. Na pirsie nr.2 należącymi do f-my Kiriacoulis odnajdujemy naszą łódkę o wdzięcznej nazwie "EVITA"; zgodnie z rozmową z szefem bazy panem Vasilisem Katakoyzinosem łódka jest otwarta i szybko zapadamy w sen. O dziwo nie dochodzą nas hałasy z sąsiadującej dyskoteki, która przez wiele lat nie pozwalała nam zasnąć, a w powietrzu panuje cisza spowodowana ograniczeniem ruchu samolotów na starym lotnisku. 

Rano z umową czarterowa melduję się w kontenerze Kiriacoulis. Pracownica kseruje dokumenty i listę załogi i o 10 rano przynosi z Port Police zezwolenie na pływanie. 
W międzyczasie robimy zakupy w supermarkecie po przeciwnej stronie ulicy, dostarczone 
w krótkim czasie na pirs przez samochód sklepowy. Oglądamy łódkę; typowy układ wnętrza dla większych Bawarii, roler grota-podobnie. Duża mesa, większe toalety niż w Bawarii 47 (ale tylko dwie) i… przyjemne zaskoczenie, kiedy odkrywamy druga lodówkę z pionowymi drzwiczkami zlokalizowaną pod zlewem... O 11,00 check in i po krótkiej naradzie ustalamy trasę rejsu licząc na korzystne wiatry.

I dzień
11,30 wypływamy z mariny. Na redzie sprawdzamy działanie rolerów, manewrowość na silniku i… w drogę. Stosunkowo korzystny wiatr 8 - 12 węzłów pozwala nam na zapoznanie się z łódką. Jest zaskakująco szybka i przy tym wietrze prawie nie ma przechyłu. Radość 
z żeglugi kończy się stosunkowo szybko i w ciemnościach. Na silniku dopływamy na południowy kraniec wyspy Kea. Nocna żegluga okazuje się stresująca dla załogi (to ich pierwsze takie doświadczenie). Szczęśliwie zapala się latarnia na południowym brzegu wyspy Kea (przylądek Tamelos), a po 2 godzinach identyfikujemy latarnię na północnym cyplu Kithnos (przylądek Kefalos). Na wysokości latarni zmieniamy kurs na południowy 
i kierujemy się w stronę Loutry.

II dzień
0:30 widać światła Loutry. Miasteczko rzęsiście oświetlone. Słychać dźwięki muzyki, gwar ludzkich głosów i liczne wystrzały - to najważniejsze święto prawosławia - Wielkanoc. Marina zatłoczona. Przy zewnętrznym pirsie widzimy na jachcie polską flagę. Dopływamy do jachtu i po uzyskaniu zezwolenia od jego załogi, stajemy long side. Szybko zapadamy 
w sen….
Świt nas budzi gwizdem wiatru na wantach i werblami fałów trzaskających w aluminiowe maszty. Wiatr ponad 20 węzłów. Ze względu na planowany długi przelot postanawiamy jednak wypłynąć. Skiper polskiego jachtu, który przygarnął nas do swojej burty żegluje 
z dziećmi; umawiamy się, że po 2-3 godzinach przez radio zdamy mu relację ze stanu morza. Wypływamy. Wiatr się wzmaga. Refujemy oba żagle i mimo stosunkowo dużej fali jacht żegluje z szybkością 7-9 węzłów praktycznie bez przechyłów. Zgodnie z umowa na kanale 67 łączymy się z polskim jachtem i odradzamy wypłynięcie. Chyba to trochę za mocne uderzenie jak na początek rejsu i część załogi oddaje tradycyjną daninę Neptunowi i różne wspomaganie farmakologiczne nie odnosi skutku. 

Wieczorem dopływamy do największej wyspy Cyklad, Naxos. Wpływamy do basenu portowego i na jego południowym brzegu znajdujemy wejście do mariny Naxos. Kręcimy się po basenie i po kilku minutach, pracownik mariny wskazuje nam miejsce postoju. Stajemy przy pierwszym od wejścia pomoście, gdzie trzeba rzucać kotwice. Przy dalszych pomostach są mooringi. Płacimy za wodę (6 Euro) i prąd (7 Euro). Wieczorem do miasta. Liczne greckie rodziny kontynuują w tawernach święto paschy. Siadamy w jednej z nich, gdzie ku naszemu zdumieniu serwowana jest zupa (Grecy raczej nie jadają zup). Okazuje się jednak, że raz w roku gotowana jest powszechnie zupa paschalna.. Zamawiamy wobec tego "Easter Soup"- zupę jarzynową z ryżem i drobnymi kawałkami mięsa i cynaderek. Świetna.

III dzień
Rano przy wietrze około 3 na 4 wypływamy z Naxos, żegnani skąpaną w porannym świetle bramą Apollina, stojącą na pobliskim wzgórzu. Późnym popołudniem już przy wietrze o sile pełnej czwórki dostrzegamy brzegi Leros. Kierując się wskazaniami GPS płyniemy 
w kierunku wejścia do zatoki Lakki. Ale przed nami lita ściana skał i zaczynamy wątpić we wskazania GPS i nasze możliwości nawigacyjne. Mały statek pasażerski idący tym samym kursem nagle wykonuje zwrot i niknie za skałą. Podążamy w jego kierunku i koniec zmartwień - otwiera się przed nami zatoka. 

Kierujemy się w stronę południowo- zachodniego brzegu, gdzie widoczne są światła domów, a po paru chwilach zapalają się światła u wejścia do mariny. Dopływamy i cumujemy rufą do kei korzystając z mooringów. Na brzegu krany z wodą, brak natomiast prądu w gniazdach. Nikt się nie interesuje naszym przybyciem. Liczne budynki w stylu art deco to pozostałość po okupacji włoskiej. Częściowo były używane jako szpitale dla umysłowo chorych, powodując, że potocznie nazywano Leros Diabelską Wyspą. Późnym wieczorem spędzamy czas w sympatycznej okupowanej przez Greków tawernie.

IV dzień
8.00 Po uzupełnieniu wody, wypływamy z portu. Na północnym brzegu zatoki baza wojskowa i zakaz zbliżania się do niej na odległość do 200 metrów. Wiatr 2/3. Płyniemy 
w kierunku wyspy Kos. Z dala widać zabudowania tureckiego Bodrum, gdzie mieści się jedna z największych marin w Turcji. Wiatr słabnie i znowu diesel grot, który około13:00 po opłynięciu gwarnego portu miasta Kos, doprowadza nas do mariny. Na wysokości główek dopływa do nas pracownik na motorówce i wskazuje miejsce postoju (f-ma Kiracoulis: pirs B). Mooringi. Po nas wpływa duży jacht z załogą niemiecką. Pracownik mariny pomaga im wypłynąć na stanowisko postojowe, dyskretnie popychając dziobem motorówki to z jednej to z drugiej strony rufę cumującego jachtu. 

Wychodzimy na keję. I tu mile zaskoczenie. To najbardziej komfortowa marina z licznych, jakie widzieliśmy w poprzednich rejsach po greckich wodach: eleganckie łazienki i toalety, pralnia, market, sklep z wyposażeniem żeglarskim. Nowoczesna, komfortowa skomputeryzowana recepcja. Wydruki z prognoz pogody. Wokół pięknie utrzymanych trawników liczne parkingi. Portiernie przy wejściu do mariny. Przypomina to nam mariny chorwackie. Ale i ceny trochę "chorwackie": za jacht naszej długości dzienny pobyt w marinie kosztuje 27 Euro (w tym woda i elektryczność). Niestety, nasza wtyczka prądowa nie pasuje do skrzynki na kei i za zwrotną kaucję w wysokości 20 Euro wypożyczamy w recepcji adapter do naszego kabla. 

Po południu udajemy się na zwiedzanie miasta w poszukiwaniu "drzewa Hipokratesa", które znajdujemy za posterunkiem policji; liczące sobie 560 lat drzewo podparte jest metalowymi rusztowaniami Obok dwie średniowieczne armaty armaty, a nieco dalej XVIII- wieczny meczet Paszy Hassana i ruiny starożytnej agory. W drodze powrotnej odwiedzamy trzy agencje wypożyczenia samochodów, planując na drugi dzień zwiedzanie wyspy. Korzystamy z rad poprzedników i wybieramy agencje oferującą pełne ubezpieczenie bez wkładu własnego. 

V dzień

Wyspa Kos - Asklepiejon 

Rano z firmy Budget (parking obok wejścia do mariny) odbieramy czerwonego terenowego Suzuki Jimmy, na szczęście z klimatyzacją i z napędem na cztery koła. Ruszamy na zwiedzanie wyspy. Zgodnie z naszymi zainteresowaniami zawodowymi idąc śladami Hipokratesa kierujemy się w stronę Asklepiejonu. 
To największa i najsławniejsza z ponad 320 starożytnych sanktuariów boga sztuki lekarskiej, rozsianych na greckich wyspach, w których leczono zgodnie z naukami Hipokratesa, uważanego za ojca medycyny. Jeszcze dzisiaj nazwana jego imieniem przysięga obowiązuje lekarzy na całym świecie. 

Asklepiejon, który oglądamy zbudowano w IV wieku p.n.e. na tarasach wyciętych na stoku wysokiej góry i połączonych ze sobą marmurowymi schodami. W centrum najwyższego z nich, zamkniętego w podkowę doryckich stoa, usytuowano świątynię Ajsklepiosa. Na środkowym wznosiła się świątynia Apollona i poświęcony temu bogowi bogato rzeźbiony ołtarz otoczony jońską kolumnadą. Na najniższym tarasie, opasanym z trzech stron portykami, znajdowały się źródła lecznicze, pomieszczenia dla chorych, lekarzy i administracji.
Z każdej z tych budowli zachowały się do dzisiaj tylko resztki, ale w takiej ilości, że możemy bez trudu zorientować się do jakiej świątyni one należały i jaki był w oryginale jej kształt. Z każdego z tarasów rozciąga się widok na leżącą po przeciwnej stronie cieśniny, Anatolię.

VI dzień

 Simi

8:15 wypływamy w kierunku Rodos. Postanawiamy po drodze zatrzymać się na Simi. Zbliżamy się do tureckiej wyspy Datca i po zmianie kursu kierujemy się na wschód. Przez lornetki staramy się zlokalizować na tureckim wybrzeżu starożytne miasto Knidos. Wiatr znowu słabnie i na silniku dochodzimy do Simi. 
Przepiękne miasteczko w przeszłości ośrodek poławiaczy gąbek i budowniczych lodzi z zachowaną, nieskażoną nowoczesnością starą, architekturą. Miejscami prawie pionowe ściany schodzą do zatoki z "wkutymi" do nich domami. Na południowym brzegu kamienne schody wiodące ku leżącym w górze domom i dwom oświetlonym w nocy cerkwiom. Na szczycie zamek joannitow. Liczne stylowe domy "kapitańskie".

Na zachodnim wybrzeżu klasztor Panormitis z ikoną archanioła Gabriela, patrona żeglarzy. Dochodzimy rufą do północnego nabrzeża. Rzucona kotwica nie trzyma. Grek na nabrzeżu informuje nas, że trzeba rzucić kotwice mniej więcej na 2/3 szerokości zatoki, ze względu na praktycznie pionowo spadające jej ściany. Udało się. Na brzegu prąd - płacimy 8 Euro i za pobyt jachtu 3 Euro. Podjeżdża cysterna i uzupełniamy niewielką ilość zużytego paliwa (średnia cena na wyspach około 95-98 centów za 1 litr). Dopływają pojedyncze jachty 
i prawie każdy ma podobne kłopoty z kotwicą jak nasz.

VII dzień

Rodos - Marina Mandraki 

Rzucamy cumy rufowe. Wybieramy kotwicę i… co ponoć jest typowe dla tego portu, kotwica "jedzie" do góry z cudzym łańcuchem. Po 5 minutach uwalniamy kotwicę i kierujemy się w stronę Rodos. Wiatr NE 13 węzłów. Spokojna, jednostajna, słoneczna żegluga.. Wiatr w południe wzmaga się do 25 węzłów. Opływamy zatłoczony głównie wycieczkowymi statkami i małymi promami kursującymi do leżącego nieopodal Marmaris, basen portowy i kierujemy się do leżącej nieopodal mariny Mandraki.. Na jej wschodnim brzegu na wysokości wiatraków miejsca zarezerwowane wyłącznie dla jachtów greckich firm czarterowych. 

Pracownik mariny odprawia wpływający za nami prywatny jacht francuski. Cumy rufowe odbiera i podaje mooring sprawna obsługa części nabrzeża przeznaczonego dla jachtów firmy Kiracoulis. Na brzegu jest woda i prąd (za dwa dni pobytu płacimy 11.45 Euro). U podstawy mola sklepy spożywcze, kawiarnie i biura firm czarterowych. Z tyłu skromne zaplecze sanitarne: dwie toalety i dwa prysznice. Następny dzień planujemy poświecić na zwiedzanie Rodos, tym bardzie, że wiatr rozkręca się, a oficer policji portowej gdzie udajemy się po prognozę pogody (jest uaktualniana co 6 godzin) wręcz odradza wypływanie z portu. Liczne fale uderzające od strony morza w molo od czasu do czasu osypują jacht wodną mgiełką.

Wiatr się rozkręca. W marinie Mandraki pojawiają się małe grzywacze.
Zwiedzamy Rodos. Przede wszystkim pozostałości Pałacu Wielkich Mistrzów zakonu joannitów, pod murami, którego przechadzamy się ulicą rycerska- Odos Ippooton dalej przechodzimy do Starego Miasta będącego zabytkiem klasy zerowej. Ponad jego dachami wznoszą się smukłe minarety meczetów Rejaba Paszy i Sulejmana.

VIII dzień

Rodos - Kościół Św. Michała

Rodos. Telefonujemy do wypożyczalni samochodów i rano pracownik firmy z Januszem jedzie po małego fiata Pandę i informuje nas, że samochody wypożyczane przez załogi jachtów mają prawo wjeżdżania na teren mariny. Ustalamy z nim, że po powrocie zaparkujemy samochód na wysokości naszego jachtu, a kluczyki wrzucimy do bagażnika. Ruszamy południowym brzegiem w kierunku miasta Archangelos. 
W jego starej części góruje biała dzwonnica kościoła pod wezwaniem świętego Michała, która raz po raz odsłania się nam błądzącym w wąskich uliczkach starej części miasta. Wreszcie docieramy do celu. Na wewnętrznym dziedzińcu typowa dla Rodos mozaika złożona z czarnych i białych krzemieni - otoczaków. Stara Greczynka w czerni otwiera nam drzwi kościoła. Pięknie odrestaurowane wnętrze i mistyczna atmosfera, której nie mogą oddać żadne słowa.

Docieramy do Lindos u stóp którego leży zatoka św. Pawla. Jeden a na niej stoi na kotwicy niewielki jacht. Nad miastem, na 120 metrowym wzgórzu króluje Akropol ze świątynią Ateny z VI wieku. Jedynie Jurek decyduje się na pieszą wędrówkę na górę, żeby zrobić kilka ciekawych zdjęć. Bardziej leniwi korzystają z osiołków, wędrujących gęsiego na górę. Reszta załogi przechadza się po wąskich uliczkach wyłożonych mozaikami z morskich kamieni. Sklep na sklepie i liczne stragany psują urok tego pięknego miasta.

Lindos - Zamek Joannitów

Przecinamy wyspę, kierując się do Monolithos. Na wysokim płaskowyżu widzimy potężne mury zamku joannitów wzniesione w XV wieku. Przez pewien okres służącego jako więzienie wrogów zakonu.
Po powrocie spędzamy na jachcie miły wieczór z szefem bazy Kiriakoulis, Tasosem Tsantilasem, który jest praktycznie wolny, bo ze względu na pogodę żaden jacht nie wypływa .Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o życiu na wyspie i o miejscowych zwyczajach. Takie spotkania dają więcej wiadomości o ludziach ich mentalności, podejściu do życia niż może dać niejeden przeczytany przewodnik

IX dzień
Wypływamy w powrotną drogę. Około 5° Beauforta. Wieczorem jesteśmy na Kos.

X dzień

Widok z klasztoru na Leros

Rano postanawiamy uzupełnić paliwo; dopływamy do stacji paliw mieszczącej się zaraz za południowym brzegiem mariny (czynna od godz.9). Flauta. Płyniemy na silniku. Ocieramy się o płyciznę w okolicy północnego cypla wyspy Kos - przylądka Ammoglossa. Płyniemy na północ w kierunku Patmos. Lewą burtą mijamy Leros wyprzedzani przez patrolowa lodź wojskową. Po południu na lewym trawersie mamy wyspę Patmos. 

Lokalizujemy leżący na wzgórzu biały klasztor, kierujemy się w stronę brzegu i po kilkunastu minutach otwiera się przed nami wejście do zatoki i białe domu miasteczka. Dobijamy rufą do nabrzeża, koło kiosku z lodami-jedynym otwartym w czasie sjesty punktem handlowym. Natychmiast podjeżdżają do nas małe cysterny z wodą i paliwem. Miasteczko nie różni się od typowych cykladzkich wysp.
Atrakcją jest leżący na południe od portu klasztor pod wezwaniem Św. Jana założony w 1088 roku przez mnicha Christodoulosa w pobliżu groty, w której święty Jan Ewangelista doznał wizji Apokalipsy.                    

XI dzień

Port w Loutra na wyspie Kithnos

Skoro świt podnosimy kotwicę i kierujemy się w stronę południowego cypla wyspy mijając nieoznakowane, wystające nieco ponad wodę czubki skał, na których załamują się drobne fale. Kierujemy się na wschód i po południu jesteśmy na Kithnos w Loutrze. Stajemy na kotwicy wewnątrz basenu rufą do kei. 
Jachty stojące na zewnętrznym pirsie mogą cumować long side. Wokół basenu portowego liczne ujęcia wody i prądu. 

Stylowe latarnie oświetlają keję. Prysznic w mieszczącym się nieopodal sklepie. Mała miejscowość z gorącymi źródłami mineralnych wód wypływającymi na południowej plaży niedaleko portu.. Na południowym brzegu niepasująca do otoczenia willa w stylu małego zameczku.
Lutra. Na kei suszące się sieci rybaków. Na przeciwległym brzegu szpecąca otoczenie willa w formie zameczku.

XII dzień

Wyspa Siros - widok z jachtu na Ermpoulis

6:00 Wypływamy w kierunku Siros z zamiarem dotarcia do Ermopoulis. Cały dzień flauta i znowu nieustający terkot silnika. Po raz pierwszy włączam autopilot, który o 19:00 doprowadza nas do celu. Korzystając z wiadomości zawartej w locji, staramy się zlokalizować nową marinę w południowej części portu - niestety, widzimy tylko kilka basenów zatłoczonych przez lokalne łodzie. Na brzegu wyslipowane jachty. Przepływamy koło stoczni, z której dochodzą zapachy farby malowanego dużego promu. 

Dobijamy long side do północnego brzegu na wysokości pomiędzy urzędem celnym i policją portową. Przed dziobem około 20 metrów wolnego miejsca. Dalej dwa jachty z angielskimi załogami i jeden z polską. Brak wody i prądu. Wieczorem w południowej części basenu odkrywamy trzy czynne słupki z woda i prądem z których korzystają dwa duże jachty wycieczkowe. Zwiedzamy miasto, które znamy zresztą z poprzednich pobytów. Nic nowego. Duży, stylowy ratusz i miejscowy wciśnięty pomiędzy budynki teatr zbudowany na wzór La Scali.     

Port w Ermopoulis - miejsce wypadku

W nocy budzi mnie odgłos blisko pracującego silnika statkowego i łoskot wypuszczanego łańcucha kotwicznego. Wyskakuję na pokład. W odległości 3 metrów od naszego jachtu wysoka ściana burty wolno płynącego na wstecznym biegu promu. Budzę załogę i w pidżamach wybiegamy na keję. Prom ("DADEALUS" należący do MINOAN LINES) wykręca rufą w kierunku środka basenu portowego, a dziobem dociska stojący przed nami jacht do kei i w ciągu sekundy słyszymy odgłos miażdżonego kadłuba i pękających want.. 

Szczęśliwie jego cała załoga wydobywa się na pokład i ostatnia osoba ewakuuje się na brzeg po zalanym już pokładzie. Łamie się maszt i opada na keję. Po niecałych 5 minutach jacht idzie na dno. Rozbitkami zajmują się sąsiadujące załogi angielskich jachtów i wezwana przez policję karetka pogotowia. Szczęśliwie skończyło się niewielkimi obrażeniami.
Z oglądanego wieczorem pięknego jachtu widać jedynie leżący na kei złamany maszt i zrolowaną na sztagu genuę.
Rano oglądamy zatopiony jacht leżący około 2 metrów od powierzchni wody. Przyjeżdża nurek i wydobywa dokumenty jachtu oraz ubrania załogi. Jesteśmy zaszokowani tym incydentem, bo przecież stojąc najbardziej na zewnątrz z grupy jachtów mogliśmy paść ofiarami tego wydarzenia. Jakie stąd nauki? Wystawiać wachty portowe w ruchliwych portach??? 

XIII dzień
Stacja paliw w Ermopoulis mieści się w południowej części basenu, niestety oddzielona od wody przez stosunkowo ruchliwą ulicę. Przeskakujemy przez niski płotek 
i w wypożyczonych na stacji kanistrach targamy przez ulicę 60 litrów paliwa. Wypływamy 
w kierunku Pireusu. Flauta zupełna. Znowu diesel Grot. Dopływany do mariny. Po chwili obok nas staje Bawaria 47 z węgierską załogą. Przypadkiem rzucamy okiem na jego rufę 
i zaskoczenie to "IDA AMORESS", na której pływaliśmy w zeszłym roku. Dwie kobiety, które nas nie zawiodły i dostarczyły trochę szczęścia stoją grzecznie obok siebie. Czy to przypadek?

XIV dzień
Zwiedzanie Aten. Check Out. Ostatni posiłek na jachcie. Trochę snu i o 0:30 autobus linii E96 wiezie nas do portu, ale niestety lotniczego.

Na zakończenie wypada przedstawić załogę: Janusz Badurski, Jerzy Samusik (zdjęcia), Sławek Zubkiewicz- załoga i Stanisław Boczoń - skipper (tekst). I wielkie dzięki p. Adamowi Kajdewiczowi za profesjonalizm i życzliwość przy załatwianiu formalności czarterowych

Powrót do "Relacji z rejsów"

AZYMUT
Ul. Lucjana Rudnickiego10/71, 01-858 Warszawa
E-mail: azymut@azymutczarter.com.pl
Tel/fax: 022/639 74 74; kom. 0-602 468 455