![]() |
RELACJE Z REJSÓW |
![]() |
|
|
||
|
|
||
| | Strona główna | Relacje z rejsów | | ||
|
Grecja 2006 - Wokół Dodekanezu Jacht: Bavaria 46 Cruiser, trasa: Ateny - Samos, Kreta, Ateny termin: 22.04 - 13.05
22 kwietnia Jak co roku rano o 3 godzinie opuszczamy lotnisko Venzelikos i autobusem linii 96
jedziemy do mariny Alimos Kalamaki. Uprzedzam kolegów, że bilet autobusowy ważny jest tylko
na jeden kurs, a nie jak kilka lat temu – na cały dzień. Po krótkiej drzemce przejmujemy jacht i udajemy się na zakupy. 23 kwietnia Wczesna pobudka-myjemy się na jachcie, uzupełniamy wodę i oddajemy cumy. Wypływamy z mariny, sprawdzamy silnik, cyrkulację jachtu, windę kotwiczną i wreszcie stawiamy żagle. Mamy korzystny wiatr północno-zachodni, który z prędkością 7 węzłów pcha nas w kierunku przejścia pomiędzy Keą a Kitnos. Mijamy przylądek Kefalos i decydujemy się wejść na kurs na przylądek Trimeson na północnym brzegu wyspy Siros. Pomimo wczesnej pory palą się światła latarni – Fl(2)14s. Wiatr puchnie. Zmieniamy kurs na SE i o godzinie 18,00 wpływamy do portu Ermoupolis. Po minięciu stoczni i przystani promowej cumujemy do nabrzeża przy rzęsiście oświetlonej promenadzie. Ponieważ jesteśmy jedynym jachtem, stajemy na wysokości słupka z wodą i prądem – nie ma szans na podłączenie. Właściciel pobliskiej kawiarni informuje nas, że nikt nam nie utworzy zabezpieczeń bo to jeszcze “nie sezon” no i niedziela. 24 kwietnia
Skoro świt bierzemy kurs na północny cypel wyspy Mykonos Początkowo wiatr z kierunku NW ,miejscami sile 7B. przesuwa się w kierunku wschodnim , staramy się nabrać trochę wysokości, zbliżając się maksymalnie do południowego brzegu Tinos , korzystając z nierówno wiejących wiatrów spadowych. Z prawej burty obserwujemy zasnutą mgłami Mykonos. Bierzemy kurs na południowy brzeg Ikarii – przylądek Pappas. Wiatr nieco tężeje i mamy nadzieję, że pod osłoną wysokich brzegów Ikarii nieco osłabnie. Popełniamy błąd zbliżając się za blisko do wyspy. Nierówne porywy wiatru spadającego z wysokich, skalistych brzegów wyspy miejscami powodują szkwały nadlatujące z różnych kierunków, uniemożliwiając utrzymanie zaplanowanego kursu. Oddalamy się na odległość około jednej mili od brzegu wyspy ale sytuacje się nie zmienia. Powoli nadchodzi zmrok. Decydujemy się na zrzucenie żagli i pozostawiając zrefowany fok, na silniku dopływamy około godziny 18,00 do Ayios Kirikos. Przy wejściu do basenu powyżej kamiennego pirsu w południowej części widzimy wystające z wody kamienie. Cumujemy longside do wewnętrznego pirsu. Wiatr tężeje do 8B. Pracownik Port Police zabiera dokumenty jachtu i obiecuje je oddać rano. 25 kwietnia Rano o 11,00 funkcjonariusz Port Police sprawdza jacht, wyposażenie itp.: na zakończenie stwierdza, że w dokumentach jachtu brak aktualnego certyfikatu tratwy ratunkowej. Ustalamy, że zatelefonuje do F-my Kavas i wyjaśni sprawę. Późnym popołudniem okazuje się, że w papierach jachtu jest aktualny certyfikat. Jeszcze raz wyciągamy tratwę z bakisty i odnajdujemy na niej nalepkę potwierdzającą aktualność certyfikatu. Zapada zmierzch i decydujemy się zostać w porcie do rana. 26 kwietnia
W nocy budzi nas odgłos narastającego wiatru z E. Rano wiatr wzmaga się w porywach do 8/9 B.
Decydujemy się pozostać w porcie ,dodatkowo zobligowani do tego przez funkcjonariusz Port
Police. 27 kwietnia Pobudka o 5 rano i we dwójkę z Jurkiem wypływamy, biorąc kurs na wyspę Samos. Wczesne wstawanie wynagradza nam przepiękny wschód słońca nad Samos.
Około 15,00 docieramy do Pithagorio. Po minięciu długiego falochronu zmieniamy kurs na
W i wąskim przejściem pomiędzy drugim falochronem i boją z latarnią podpływamy do
nadbrzeża Pithagorio. Puste plaże, wyludnione ulice a przy nabrzeżu kilka jachtów należących
do miejscowej firmy czarterowej. Robimy rundę wzdłuż nabrzeża pilnie śledząc głębokość wody
i zgodnie z locją przyjmujemy kurs na E tak aby dotrzeć do Mariny Phitagorio. U jej wejścia na północnym brzegu łopoczą flagi firmy paliwowej ustawione obok dystrybutorów.
Wpływamy głębiej: liczne pomosty z mooringami przy których naliczyliśmy z 10 jachtów. Na
pomostach słupki z wodą i prądem. 28 kwietnia
Zamówiony w wypożyczalni samochód dociera do mariny godzinę po terminie i to po dwóch telefonach – normalka w Grecji. Świetnie utrzymaną drogą asfaltową jedziemy w kierunku Vathi. Zatrzymujemy się na wzgórzu i podziwiamy panoramę Samos(Vathi) i zatoki Vathi. Po zrobieniu zdjęć zjeżdżamy krętą droga do Samos i zostawiamy samochód na promenadzie wzdłuż zatoki. Dwa metry od nas betonowy brzeg z licznymi słupkami z prądem i wodą ( i to czynnymi- sprawdziliśmy). Niestety długie nabrzeże puste - ani jednego jachtu. Zanurzamy się w boczne urokliwe uliczki. Znajdujemy knajpkę z licznymi stołami na świeżym powietrzu (“Garden Palace”). Jedzenie wyśmienite no i wreszcie spełniło sie marzenie Jurka: “być na wyspie Samos w mieście Samos i pić wino Samos”. Pełnia szczęścia. Nieco ociężali udajemy się do naszego samochodu. Niestety zastawiony przez jakiegoś Fiata. Rozglądamy sie z jego kierowcą - na pewno siedzi w jednej z licznych położonych po sąsiiedzku kawiarni. Sławek chce przepchnąć samochód; znajduje otwarte okno i klucze w stacyjce. Odpala i przestawia zawalidrogę. Fajny i praktyczny zwyczaj z tymi kluczami; chyba nikt tu nie kradnie samochodów. Jedziemy w kierunku największego na wyspie klasztoru Zoodochos Pigi, leżącego na wysokości 400 metrów i otoczonego pięknymi lasami. Na drodze coraz więcej samochodów. Przed klasztorem policja kieruje nas na zatłoczony parking. Obok limuzyny notabli z policyjną obstawą. Okazuje się, że natrafiliśmy na uroczystości zakończenia Świąt Wielkanocnych. Rusza orkiestra wojskowa a za nimi tłum ludzi wtłacza się przez klasztorną bramę.
Wysłuchujemy (???) przemówień, po których Grecy ustawiają się w kolejce do srebrnej ikony Madonny, trzymanej przez dwóch marynarzy by ucałować ją i odejść na bok. Kuchnia klasztorna wydaje wszystkim tradycyjną zupę (nieodpłatnie oczywiście). Pełni wrażeń wracamy do mariny. Wieczorne zwiedzanie Pithagorio, tawerna i spać. 29 kwietnia Rano o 6.30 wypływamy w kierunku Kos. Wiatr z NE 3B odkręcający na N 30 kwietnia Przedstawiciel Armatora rezydujący w sklepie żeglarskim będącym własnością firmy Kavas odradza nam realizację naszego planu, a mianowicie wypłynięcie do Boudrum i żeglowanie po wodach tureckich. W związku z epidemia ptasiej grypy rekwirowana tam jest cała żywność na jachcie, a wnętrze jachtu ma być poddane spryskaniu czy też “ogazowaniu” środkami dezynfekującymi. Nie uśmiecha się nam oddanie przywiezionych z Polski prowiantów ani rekwizycja zawartości barku. Decydujemy się pożeglować na Kretę. Oddajemy cumy i kurs na Tilos. 1. maja. Późnym popołudniem lądujemy w Livadii na Tilos. Ciasny port. Dużo kutrów i łodzi rybackich. Miejsce przy molo zarezerwowane dla lokalnych promów. Na nabrzeżu prąd i woda. Kotwica słabo trzyma; po godzinie jeszcze raz rzucamy ją nieco dalej. 2 maja Wczesnym popołudniem płynąc półwiatrem docieramy do Pigadii na Karpatos. Cumujemy do mola na przeciwko Port Police obok dwóch jachtów z sympatycznymi polskimi załogami. Poza tym pustka: kilka kutrów rybackich i mały wycieczkowiec. “Uruchamiamy” słupek z prądem. Marina na zachodnim, brzegu ciągle w budowie. Większość tawern zamknięta w Uroczystości Wielkanocne w klasztorze Zoodochos Pigii. oczekiwaniu na sezon. 3 maja
Opuszczamy wody Karpatos i kurs na Kretę. Po prawej burcie zostawiamy wyspę Kassos Utrzymujący się wiatr z NE zapowiada dopłynięcie na Kretę jednym halsem. Piękna żegluga pełnym bajdewindem. Wiatr się wzmaga do około 7B. Pomimo zrefowania żagli jacht się kładzie na burtę (to cena zdobywania wysokości) i daje się we znaki trudna do opanowania w trakcie mocnych szkwałów nawietrzność Bavarii. Nieco odpadamy zostawiając po prawej burcie drobne niezamieszkałe wysepki. Pod brzegami Krety wiatr się odkręca na E i halsujemy przy samym brzegu wykorzystując liczne zatoczki. Po południu dopływamy do półwyspu Sidheros, nad którym góruje latarnia ( Fl.10s); nabieramy trochę wysokości, robimy zwrot i kurs na Ayios Nikolaos. Niebezpiecznie zbliżamy się do wschodniego brzegu zatoki i nieco poniżej latarni widzimy liczne wystające z wody skałki - w nocy mogło być nieciekawie. Robimy zwrot i decydujemy się na zrzucenie żagli. Uruchamiamy Diesel Grota i celujemy na Marinę w Ayos Nikolaos. Dziób jachtu tłucze się po falach i nagle milknie silnik. Rozrusznik nie działa. Na dodatek wszystkie przyrządy nawigacyjne milczą. Sprawdzamy bezpieczniki - wszystko OK. Zachodni wiatr znosi nas w niepożądanym kierunku. Na końcu, niestety, sprawdzamy główny włącznik prądu; luźno macha sie w obie strony. Prawdopodobnie przy żegludze na sfalowanym morzu i w trakcie “tłuczenia“ dziobem o falę, poluzował się. Jeden ruch ręką i sytuacja zażegnana.
O zmierzchu docieramy do mariny, gdzie jej pracownik wskazuje nam miejsce do cumowania. Przy drugim pirsie. Niesamowicie brudny i pokryty muszlami mooring z trudem knagujemy na dziobie. Jacht stoi nieco skośnie ale rano wyciągamy z wody drugi mooring, czyścimy go i stajemy prawidłowo. Dobrze się stało, bo nadbiegające z południa szkwały starają się docisnąć rufę do kei a dwa mooringi dają większą pewność uniknięcia kłopotów. Na kei słupek z prądem i wodą tuż przy rufie.
Podczas kolacji decydujemy się na dłuższy postój, rezygnując z płynięcia wzdłuż z północnego brzegu Krety do Chanii zgodnie z początkowym planem. Decyzja zapadła po wysłuchaniu prognozy o przewidywanych wiatrach z kierunku W. Obok nas stoi siatkobetonowy 30 letni jacht, z którego dobiegają dźwięki słowiańskiej mowy. Ahoj !! okrzykuje nas para czeskich żeglarzy: Zdenek i Zdenkowa od kilku lat włóczą się po Morzu Śródziemnym, zarabiając w międzyczasie na dalszą podróż. Rejestrujemy się w biurze i od szefa mariny dostajemy karty magnetyczne do sanitariatu-zaskoczenie zupełne. Sanitariat czyściutki, pachnący. Przy wejściu stos książek do czytania pozostawionych przez poprzednich użytkowników a w drugim pomieszczeniu - pralki i to działające!! 4 maja. Dwa dni wycieczki samochodowej po zabytkach Krety. Ale to już inna relacja. 5maja po
Sympatyczne miasteczko. Liczne bary i tawerny. Zajeżdżamy na parking przy porcie.
Wysoki falochron dobrze chroni basen portowy przed wiatrami i falą.. Żadnych
udogodnień dla żeglarzy. Jedynie w przyległym weneckim forcie ogólnodostępne
toalety. Wąskie wejście do basenu – wg. mapy w tym miejscu głębokość powinna
sięgać trzech metrów, ale według naszych spostrzeżeń nie przekracza nawet dwóch.
Dodatkowo przez wodę prześwitują pojedyncze głazy. Płacimy za postój, wodę i sanitariat 68 Euro i umawiamy się, że karty magnetyczne do sanitariatu wsuniemy rano pod drzwi recepcji. Uzupełniamy paliwo dostarczone na keję w trzech kanistrach. Kolacja na jachcie u już zaprzyjaźnionych Czechów. W mesie widać kobiecą rękę; dywaniki, firanki, pod sufitem kołysze się klatka z kanarkiem. W trakcie kolacji tradycyjne rozmowy i dalsze plany: umawiamy się za dwa lata na Wyspach Zielonego Przylądka. Marzenia. Jeszcze raz powtarza się porzekadło, ze świat jest mały bo w rozmowie odnajdujemy wspólnych znajomych z Pragi. Ubywa przyniesionego przez nas wiadomego trunku. Skipper jachtu z dumą stawia na stole butelkę z krystalicznie przezroczystym płynem i po naszych pochwałach prowadzi do dziobowej kabiny i prezentuje znaną nam z puszczańskich ostępów Białostoczyzny, aparaturę. Rzeczywiście na tym jachcie “Full service”. 6 maja
Rano flauta i na “Diesel Grocie” pchamy się w kierunku wyjścia z zatoki. Po minięciu
przylądka Joannis stawiamy żagle i przy lekkim wietrze z WN bierzemy kurs na Santorini. Niestety
po paru godzinach wiatr puchnie i znowu włączamy silnik. Lokalizujemy znajome światła na nabrzeżu portowym i oświetloną knajpę na
górze. W pewnym momencie gasną latarnie na nabrzeżu i z trudem lokalizujemy światła
wejściowe. Płyniemy wolno, pamiętając o zatopionym starym falochronie - oczywiście nieoznakowanym. Basen portowy
zapełniony kutrami i kilkoma jachtami. U wejścia do wewnętrznego basenu stoi
longside do
angielskiego jachtu, polski jacht ze skipperem z Krakowa. Po uzyskaniu zgody cumujemy do jego
burty na trzeciego. Rano głośno awanturuje sie skipper angielskiego jachtu, że dwa polskie jachty
mogą go docisnąć do nadbrzeża i uszkodzić. Żona skippera przeprasza bo my husband is a little
nervous. Znajdujemy wolne miejsce i umawiamy się z szefem mariny, że kiedy przypłynie kuter
zwolnimy miejsce. Zbieramy się do wypłynięcia. Na środku wejścia do mariny pracuje pogłębiarka.
Staramy się się przejść pomiędzy nabrzeżem a pogłębiarką; znowu orzemy kilem dno.
Sondujemy, oceniamy sytuacje z pirsu: nie ma mowy o wypłynięciu. 7 maja Znowu próba wypłynięcia. Pogłębiarka nadal blokuje środek wejścia do portu. Sytuacja się powtarza. Pracownik pogłębiarki informuje nas, że ponieważ jest sobota to skończ pracę o 16,00 i można będzie wypłynąć, bo pogłębią wystarczająco środek kanału. Akurat! Dopiero wieczorem, kiedy już się ściemnia pogłębiarka zwalnia wejście. W międzyczasie wpływają liczne kutry rybaków i zaczyna się akcja przepędzania jachtów. Dwa “przestawione” jachty rosyjskie cumują burtą do szczytu wejścia do wewnętrznego basenu. Cumujemy na trzeciego - tratwa gotowa. Zostają 4 metry wolnej wody na wpłynięcie do wnętrza. Na północnym brzegu basenu tablica z napisem Jacht Club. Kilka mooringów zarezerwowanych dla greckich jachtów. Pracownik mariny pociesza nas, że w ciągu roku będzie ich znacznie więcej i ustaną kłopoty z cumowaniem. 8 maja
Rano z ulgą wypływamy. Na silniku docieramy do wejścia do wnętrza Thiry. Zmiana kursu. Stawiamy żagle i półwiatrem blisko brzegów Thirasii wypływamy z Thiry. Wiatr nieco skręca na północny i przy 5B ostrym bajdewindem odkładamy się na kurs w kierunku Naxos. Po prawej burcie zostawiamy Ios. Zmiana kierunku wiatru na północny zmusza nas od odpadnięcia. Podpływamy pod Sikkinos. Zwrot i kurs na południowy cypel Paros. Potem w oddali zarysy Naxos i niestety klasyczny “mordewind”. Znowu Diesel. Mijamy w bezpiecznej odległości przylądek Moungri pamiętając, że powyżej niego możemy się natknąć na wraki. Po prawej burcie zostawiamy wystające z wody niczym nieoznaczone szczątki statku. Przed nami otwiera się panorama Naxos. Zmiana kursu i po 1.5 mili wpływamy do portu. Odnajdujemy wejście do mariny. Kotwica i rufą dochodzimy do pierwszego pomostu. Jak co roku natychmiast zjawiają się dwaj dziadkowie: jeden specjalista od wody, a drugi od prądu. Za chwilę jesteśmy podłączeni i ruszamy do miasta. Na południowym brzegu Thiry (Santorini) przyroda wyrzeźbiła ludzką postać. Obserwujemy cumujący od wewnętrznej strony pomostu jacht. Załogant usiłuje z dziobu(?) podnieść bosakiem bojkę cumowniczą, ale krótki łańcuch uniemożliwia ten manewr - za chwile rzuca kotwicę i dopływa rufą do pomostu; na drugi dzień pomagamy mu uwolnić z jakiś portowych”syfów” zablokowaną kotwicę. 9 maja Rano wynajmujemy samochód i zwiedzamy wyspę Naxos.
10 maja Bierzemy kurs na Kitnos z zamieram dotarcia do Loutry. Mijamy Siros i widzimy
To tradycyjne już regaty Cyclades Blue Cup Regatta organizowane przez czarterową firmę Vernicos. Na Loutrze spotykamy dwa jachty z rosyjską załogą. Jeden z wielką flaga floty czarnomorskiej, a drugi z amerykańską . Pytamy się dlaczego amerykańska flaga. Odpowiedź jest krótka: “bo my ruskie”. Wieczorem “bratamy” się na ich jachcie i okazuje sie, że jeden z załogantów pracował w Polsce. Kończymy wizytę bo zaczyna się świętowanie “dnia oswobożdienia”, co grozi wiadomymi skutkami. Na kei czynne słupki z prądem i z wodą - bez opłat. Kiedy robimy zakupy a po usłyszeniu, sprzedawczyni i drzemiąca obok babcia radośnie ciągną nas do półki z alkoholem, gdy rozpoznają w nas Polaków. Okazuje się, że dwa tygodnie temu polska załoga z powodu sztormowej pogody stała dwa dni w marinie i wykupiła cały zapas mocnych alkoholi. W aurze mołojeckiej sławy wycofujemy się ze sklepu starając się nie patrzeć na zawiedzione miny obu Greczynek. 11 maja Ponieważ mamy trochę zapasu czasu decydujemy się na zahaczenie o Eginę. Marina
zatłoczona miejscowymi jachtami. Wpływamy do basenu portowego i cumujemy przy
promenadzie. Dość pustawo. Stoją tu trzy jachty w tym jeden z polską załogą . W jego
skipperze rozpoznajemy jednego ze świadków zeszłorocznego staranowania przez prom
angielskiego jachtu w Ermopoulis. Tym razem ani wody ani prądu.. Samochodem zwiedzamy Eginę, zresztą nie po raz pierwszy. Jak zawsze urzeka nas
soczysta zieleń lasów i łąk o tej porze. Jeszcze raz świątynia Afai. Powrót i śpimy. Wracamy do Alimos (Kalamaki). Robimy remanent w lodówkach i oddajemy wszystko cumującej obok nas parze Kanadyjczyków, która przypłynęła jachtem z Kanady i planują dalszą włóczęgę po Morzu Śródziemnym. Wizytuje nas właściciel Kavas Jachting, pan Evangelis Kavas. Ogląda jacht i anonsuje swoja drugą wizytę za godzinę. Zastanawiamy się co się dzieje. W między czasie załatwiamy check out i odblokowujemy kaucję. Zgodnie z zapowiedzią zjawia się p. Kavas z szefem mariny sympatycznym Korneliusem. W jednej ręce dzierży butelkę wina, a w drugiej jakieś papiery. Okazuje sie, że wino o nazwie “Kavas” pochodzi z jego własnej winnicy. Rzeczywiście świetne. Rozmowy, oczywiście o jachtach. Dowiadujemy się o nowych zakupach firmy, a po chwili p. Kavas wręcza nam certyfikaty “ First class sailor” uprawniające do dodatkowych zniżek na czarterowane jachty. Trochę marketingowy, ale sympatyczny gest wykonany przez sympatycznych ludzi. Po południu uroczyście zdejmujemy polska flagę. Kolacja i na lotnisko. Pomimo trzech tygodni wspaniałego żeglowania i przebytych 1200 mil, wszyscy biadolą, że tak krótko. Niestety trzeba wracać do codziennej rzeczywistości.
Powyższa trasę przepłynęliśmy na Bawarii 46 Cruiser wyczarterowanej za pośrednictwem f-my “AZYMUT” dzięki niezawodnemu Adamowi Kajdewiczowi za co serdecznie dziękuje mu załoga w składzie: Janusz Badurski, Jurek Samusik (zdjęcia), Tadzio Zaremba, Sławek Zubkiewicz i skipper jachtu oraz autor relacji Staszek Boczoń. |
AZYMUT
Ul.
Lucjana Rudnickiego10/71, 01-858
Warszawa
E-mail:
azymut@azymutczarter.com.pl
Tel/fax: 022/639 74 74; kom. 0-602 468 455