RELACJE Z REJSÓW
|  Strona główna  |  Relacje z rejsów   |    

Korsyka i Sardynia 

Jacht: Bavaria 42, trasa: Elba - Bastia, St. Florent, Ajaccio, Bonifaccio, Palau; termin: 02.06 - 16.06

Minął rok od ostatniej naszej wspólnej wyprawy do Irlandii (prawie ten sam skład załogi, ten sam „dostarczyciel” jachtu – Azymut Czarter Jachtów i Adam Kajdewicz, ukłony Panie Adamie), czas na kolejną, ekscytującą „wycieczkę”. Tym razem w planach mamy wypoczywać opływając wkoło Korsykę, zahaczając o północną Sardynie i archipelag Maddalena. 
Korsyka, czwarta pod względem wielkości wyspa na Morzu Śródziemnym, ma wszelkie cechy minikontynentu. Ludzie mówią tu dialektem języka włoskiego. Rosną tropikalne palmy i winorośl, gaje oliwne i pomarańczowe, lasy kasztanowe i piniowe, a w górskich jeziorach i chłodnych strumieniach żyje mnóstwo pstrągów.

Ale do rzeczy.
Startujemy z Warszawy, jest nas dziewięciu, jedziemy w trzy samochody, przed nami ok. 1700 km do Piombino we Włoszech, później promem ok. 1 h na Elbę, a dalej już tylko żagle, wiatr, morze, przygoda.
Tradycyjnie zabieramy ze sobą przygotowane mięsne porcje obiadowe w wekach (każdy ma przygotować jeden obiad dla całej załogi, czyli dziewięć porcji mięsnych), oraz to co najdroższe na obcej ziemi czyli sery i wędliny. Prowiant uzupełniający pozostałe wolne miejsce w bagażnikach to kilka zgrzewek polskiego piwa (zaopatrzenia dogląda Antoni). Spotykamy się w piątek 1 czerwca ok. godziny 1330, rozkładamy bagaż i prowiant na samochody i w drogę. 

Dwa z trzech samochodów wyposażone są w CB, z trzecim kontakt mamy dzięki Michałowym Walkie-Talkie (szkoda, że w tym roku Michał nie mógł być z nami ciałem). Kierunek Cieszyn, w Cieszynie kupujemy winiety na dalszą trasę (Czechy i Austria razem ok. 110 pln). Pogoda jest niesprzyjająca, dość częste intensywne opady deszczu, dodatkowo ograniczenia w ruchu spowodowane robotami drogowymi, ale nas nic nie powstrzyma. We Włoszech, nie ma winiet, zaczynają się bramki na autostradach (warto mieć drobne euro ze sobą – przyspiesza przejazd, choć można płacić również kartami). 02.06.2007 około godziny 15.00 bez większych problemów docieramy do Piombino, trochę później niż planowaliśmy, ale najważniejsze, że cali i szczęśliwi, choć trochę zmęczeni. Przyjęliśmy taktykę następującą, jeden samochód prowadzi, w nim nie śpią kierowca i pilot, pozostałe trzymają się prowadzącego (cały czas kontakt radiowy), po około 2-4 godzinach zmiana prowadzącego. Po dotarciu do Piombino…i ustawieniu się w kolejce do promu…
… decyzja, którą z dwóch konkurencyjnych linii promowych płyniemy (w sezonie promy na Elbę odchodzą co około 40 minut), kupno biletów (1 samochod+3 osoby to koszt od 60 do 90 euro w jedną stronę), znalezienie „naszego” pirsu (bez problemów, jest dobre oznakowanie) i ustawienie się w kolejce. Obsługa sprawnie kieruje i pokazuje miejsca gdzie i instruuje jak należy zaparkować samochód na pokładzie promu. Cumy oddane, charakterystyczne drżenie pokładu, napięcie rośnie, za ok. 1-2 h będziemy na „naszym” jachcie.

Po godzinie płynięcia promem, sprawnym rozładunku „turystów” jesteśmy o krok od celu, teraz pozostaje tylko zlokalizować „nasz” jacht w „naszej” marinie”…. Nasze podniecenie potęguje intrygująca panorama miasta i portu Portoferraio na Elbie, z którego zaczynamy nasz rejs.

Docieramy do „celu”, a raczej do „startu”, na stole w messie „tradycyjne południowe powitanie”.

Mimo naszego zmęczenia (cała podróż trwała ok. 28 godzin) przejęcie jachtu przebiega sprawnie, obsługa mariny płynnie mówi po angielsku i wie jak nam pomóc.
Wieczór mija nam na sztauowaniu, drobnych uzupełniających zakupach, rozkoszowaniu się wakacjami.
Poranek, to odsypianie, prysznic, reszta zakupów, zakończenie sztauowania, kawa, krótki spacer po okolicy i ….. czas rozpocząć „wakacje”.


Naszym pierwszym celem jest Bastia, port na północno-wschodniej Korsyce


Przed nami ok. 40 Mm, większość trasy pokonujemy na silniku, choć są momenty gdy wiatr „wzmaga się” do 2B a my wspomagamy się żaglami.

00.30 główki portu miejskiego Bastia (polecam, niesamowicie malowniczy). Powoli szukamy miejsca do „parkowania” w zatłoczonym porcie, kolejna zacieśniona cyrkulacja i …… silnik zostaje w położeniu „luz”, skończyło się „wstecz”, skończyło się „naprzód”. Na szczęście warunki są sprzyjające, wiatru praktycznie nie ma, sprawnie ląduje ponton na wodzie, przykręcamy przyczepny silnik, odpalamy i….. całe szczęście, że na składzie były wiosła do pontonu. Wygląda to pewnie trochę niezdarnie, ale ok. 0130 dobijamy bezpiecznie do kei. Rano trzeba będzie uruchomić oba silniki. Z tym postanowieniem większość załogi zapada w swoich kojach w błogi sen. Paweł K i ja idziemy „w miasto” polować na zdjęcia. 

Poranek wita nas słońcem i śródziemnomorskim ciepłem, temperatura powietrza ok. 25C. Poranna kawa i … szukamy fachowca od silników. I tu pierwsza konfrontacja z rzeczywistością. Mamy wrażenie, że o czymś takim jak język angielski zdecydowana większość tubylców nigdy nie słyszała, kolejne spostrzeżenie, to takie, że tu jest inna strefa czasowa, czas płynie innym tempem, jakby w zwolnionym tempie….po kilku godzinach irytacji i dyskusji między sobą dochodzimy do wniosku, że nie tylko my jesteśmy na wakacjach, tubylcy także i to nie dwa tygodnie tak jak my, ale całe życie. Teraz jest nam dużo lżej, cóż….południowa mentalność, ale szanujemy przyzwyczajenia naszych gospodarzy.
W oczekiwaniu na silnikowego specjalistę postanawiamy zwiedzić Bastię.

Bastia, kwitnący port i stolica północnej części wyspy. Nad portem miejskim dominuje cytadela, a w mieście barwne budynki we włoskim stylu z XIX wieku. Wśród zabudowy spotykamy kamienice zadbane, odnowione i takie które sprawiają wrażenie, że za chwilkę rozpadną się, ale na wszystkich spotykamy, tak charakterystyczne dla południowej Europy, suszące się prania.

Idziemy dalej…docieramy do Place St-Nicolas, leżącym przy nabrzeżu, gdzie przybijają promy z Francji i z Włoch i gdzie koncentruje się większość życia towarzyskiego.

Kluczymy średniowiecznymi wąskimi uliczkami wspinając się na wzgórza i schodząc do poziomu morza. Wszystko to sprawia, że nasze oczy nie mogą nacieszyć się tym co tu można spotkać. Kończy się dzień a szanse naprawy silników nie zwiększają się, po „turystycznym” dniu czas na obiadokolację. Z sąsiednich jednostek również roznoszą się smakowite zapachy. 
Wieczór spędzamy szwęndając się po uliczkach, próbując lokalnych specjałów kulinarnych i żyjąc nadzieją, że kolejny dzień pozwoli opuścić nam gościnną Bastię ze sprawnymi silnikami.

We wtorek rano udaje nam się „zmobilizować” fachowca od silników. 3-4 godziny pracy i oba silniki są sprawne, dostajemy fakturkę na 180 euro, firma czarterująca nam jacht (Bawaria 42) zobowiązuje się do zwrotu kosztów po powrocie do portu „macierzystego”.

15.00 uruchamiamy silnik, 15.05 mała naprzód, mijamy główki portu, KK050 i kurs na małą wysepkę Capraia.

Wieje NW1-2, widzialność 7, ciśnienie 1013 hPa, temperatura powietrza ok. 23C. Po 2-3 godzinach żeglugi wiatr powoli rośnie do 4B i odkręca NNW, później do NW. Śmigamy na żaglach, zapominamy o drobnych niepowodzeniach, uśmiech gości na wszystkich twarzach. 20.15 główki portu Porto Capraia, do kei podchodzimy rufą, 20.25 „tak stoimy”. Malutki malowniczy porcik, na malutkiej malowniczej wysepce na NE od Korsyki, jest 5 czerwca, a więc urodziny Jacka, w tym roku tu będziemy świętowali. Jest tort, jest butelka wina (5l= ok. 3 euro, ale są tańsze), jest „sto lat….” jeszcze sto lat…

Poranek wita nas upałem i południowym lenistwem, część z nas zwiedza okoliczne wzgórza, część zwiedza …. najbliższą kawiarenkę (to się nazywa demokracja). Ale przed nami kolejne porty, kolejne miejsca które przyciągają obieżyświatów.


12.30 uruchamiamy silnik, kurs na Maginaggio 

i około 15 Mm przed nami. Wiatr NW 2, a więc żagle, fok i grot wypełnione wiatrem. Podobno w potach jachty próchnieją, a załogi schodzą na psy, ale jest na to antidotum …. odrobina prac pokładowych podnosi „wartość” załogi. Pogoda rozpieszcza nas, temperatura powietrza powyżej 25 C, wody 22 C, a więc utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała nie jest sprawą błahą.

Ok. 17.00 mijamy główki portu Maginaggio. Niewielkie miasteczko na północy Korsyki pełne kawiarenek i restauracji, ale nad wszystkim dominuje duża marina, pełna jachtów i motorówek najróżniejszej wielkości i pod banderami z całego basenu Morza Śródziemnego i okolic.
Spacer i obiad złożony z tradycyjnych korsykańskich dań (mimo nieznajomości tutejszego języka będziemy się tej wersji trzymali) napawa nas błogością i poczuciem dobrze spędzanych wakacji.

W trakcie powrotu na jacht mamy okazje obserwować „regionalne” rozgrywki w „kulki”.

Późnym wieczorem opuszczamy Maginaggio i udajemy się w kierunku St-Florent. 22.40 uruchamiamy silnik, cumy, obijacze…klar na pokładzie, kurs na St-Florent, część załogi odpoczywa w kojach, trzy osoby na pokładzie prowadza jacht do następnego portu. Temperatura powietrza ok. 25 C, wiatru zero, widzialność 7, w koło pusto, tylko światełka na lądzie, burczenia silnika i gwiazdy na niebie, a są ich miliony. 

Czwartek, 07-06-2007 świt, powoli zbliżamy się do St-Florent 

Nad Korsyką, a raczej na korsykańskimi górami utrzymują się cały czas chmury, w pierwszych dniach naszej żeglugi wzbudzało to naszą niepewność, teraz jesteśmy już prawie pewni, że taki pejzaż jest tu normalny, w górach chmury, w koło błękit nieba. Góry na Korsyce dochodzą do 2 770 m.n.p.m (są wyższe niż nasze Rysy). 

St-Florent to podobno francuskie St-Tropez, szykowne, zamożne, pełne jachtów i motorówek z całego basenu Morza Śródziemnego. Cytadela (zamknięta dla zwiedzających) z 1439 r jest świetnym przykładem genueńskiej architektury obronnej. W mieście po którym przyjemnie pospacerować, najciekawsza jest XII wieczna pizańska Katedra de Santa Maria Assunta leżąca w głębi lądu.

Miasto budzi się dopiero do życia, powoli pojawiają się pierwsi goście kawiarni, oczekując na śniadanie. 

Korsyka pełna jest winnic, każda z winnic posiada swój „firmowy” sklepik, każdy ma swój niepowtarzalny styl i urok. Idziemy dalej małymi korsykańskimi uliczkami.

Czas opuścić St-Florent. 
12.20 uruchamiamy silnik, oddajemy cumy i kierujemy się do Ile Rose oddalonego o około 15 Mm.

16.45 cumujemy rufą (tradycyjnie) w porcie Ile Rose. 

Miejscowość założona w 1758r przez Pasquale Paologo jest dzisiaj głównym ośrodkiem wypoczynkowym i portem promowym Korsyki. W centrum miasta znajduje się ocieniony platanami plac Paoli, na północ od placu hala targowa a za nią Stare Miasto.

19.15 żegnamy Ile Rose, przed nami ok. 10 Mm do Calvi. Ciepło ok. 25 C, ciśnienie 1014, woda gładka, silnik popycha nas do przodu z prędkością 5 kn. 


21.25 cumujemy w Calvi, tuż przy nabrzeżu pełnym kawiarnianych stolików
.

Do Calvi trafiliśmy w ciekawym momencie, w czasie gdy odbywa się tu festiwal jazzowy. W koło słychać muzykę, życie tętni, mnóstwo ludzi spaceruje nadmorskim bulwarem, prawie wszystkie stoliki w restauracjach są zajęte. Do późnych godzin nocnych miasto żyje a my wraz z nim. 
Ranek wita na słońcem, warto wykorzystać czas, gdy jeszcze nie ma upału, na mała wycieczkę.

To właśnie tutaj admirał Nelson stracił 1794r oko. Dzisiejsze Calvi jest miastem garnizonowym i tanią miejscowością wypoczynkową. W cytadeli z XV w stacjonuje doborowa jednostka Legii Cudzoziemskiej. Calvi chce być uznane, ze miejsce urodzin Kolumba, ale nie ma na to żadnych konkretnych dowodów. O wiele bardziej uzasadnionym powodem do dumy są tutejsze uliczki i tutejsza kuchnia, świetna i w umiarkowanych cenach.

W czerwcu odbywa się tu festiwal jazzowy, którego echo widać i słychać niemal w każdym miejscu Calvi. Grupy grajków można spotkać nie tylko na ulicach i skwerach, ale również w restauracjach. Najwięcej zainteresowania wzbudza pochód złożony z kilkudziesięciu jazzmenów i jazzmenek przemieszczający się powoli uliczkami w rytm granej muzyki.

Wakacyjna atmosferę i humory przyćmił nam fakt kłopotów zdrowotnych jednego z nas. Niestety Tomek musi nas opuścić i wracać do Polski. Szczęście w nieszczęściu, że pod Calvi jest lotnisko i całkiem dobre połączenia lotnicze do Polski.

W sobotę 0945 opuszczamy jazzowe, kolorowe i chyba najbardziej malownicze z dotychczasowych korsykańskich portów, Calvi. Wiatr NW1 ciśnienie 1019, ciepło i słonecznie.

Płyniemy w kierunku małej zatoczki Girolata. 

Przemieszczamy się wzdłuż brzegu, czasami mijając inne jachty. Przed nami ok. 25 Mm. Tym razem posiłek wypadł nam na wodzie. Pogoda bez zmian, gorąco i prawie bezwietrznie. Tylko te chmury na górami…

Około 15.00 podchodzimy do zatoki Girolata której pilnuje średniowieczna cytadela. Tu cumuje się na redzie. Są przygotowane boje cumownicze, a na ląd można dostać się jedynie pontonem lub wpław. Sam porcik jest malutki, raczej rybacki, na brzegu kilka małych restauracji, prawie pusto, to miły odpoczynek po miejskim zgiełku.

Na ląd wybieramy się grupami, jedni zwiedzają drudzy pilnują bezpieczeństwa jachtu. 
Miło minęło kilka godzin w spokojnej i malowniczej zatoczce, był też czas na igraszki w wodzie, ale musimy płynąć dalej. Czeka na nas Ajaccio, stolica Korsyki, a po drodze jeszcze jeden mały porcik Cargese. Idziemy blisko brzegu, czasami przeciskając się między nim a „okruchami” Korsyki.

Do Cargese dobijamy ok. 20.50. Cargese spogląda na morze ze wzgórza leżącego między zatokami Sagone a Pero. Wielu mieszkańców to potomkowie greckich uciekinierów spod tureckiego jarzma, szukających w XVII w schronienia na Korsyce. Krótki spacer, kawa w przyportowej tawernie i płyniemy dalej. 2220 oddajemy cumy, silnik mała naprzód. Nad ranem powinniśmy być w Ajaccio.

10.06.2007 godzina 04.45 cumujemy w stolicy Korsyki, Ajaccio.

Zaczyna świtać. Cumy na lądzie, prąd podłączony…Poranek zaczynamy od….olejków do opalania…prawdziwi z nas turyści. Po śniadaniu wycieczka. Chcemy wypożyczyć samochody i ruszyć z głąb Korsyki, podobno Corte jest perełką Korsyki, warto to sprawdzić.
Podczas wypożyczania samochodów zderzenie z południową mentalnością i już po prawie 2 godzinach możemy ruszać dalej.
Kręta drogą, prawie cały czas pod góre, po ok. 70 km docieramy do Corte.
Leżące w samym środku Korsyki, było w latach 1755-1769 stolicą, z woli niepodległościowego przywódcy Pasquala Paolego. Dzisiaj jest siedzibą uniwersytetu. Na Starym Mieście XV-wieczna cytadela.

Mamy czas na spacer po uliczkach, wśród których znajdujemy kolejną klimatyczną winniczkę, a raczej piwniczkę. 
Ale czas wracać do Ajaccio, do 18.00 musimy oddać samochody.
Ajaccio jest hałaśliwym i pełnym życia – jak na Korsykę – miastem. Urodził się tu w 1769 roku Napoleon. Tu w XVI-wiecznej Katedrze Notce-Dame de la Miserriorde 21 lipca 1771 roku został ochrzczony. Parę ulic dalej stoi Maison Bonaparte, dom gdzie urodził się i spędził dzieciństwo Napoleon. 
Znacznie ciekawsza jest kolekcja dzieł sztuki zgromadzona przez pozbawionego skrupułów wuja Napoleona, kardynała Fescha, który pod skrzydłami cesarza rabował beztrosko kościoły, pałace i muzea. Musee Palais Fresco, ma największe we Francji, po Luwrze, zbiory dawnej sztuki włoskiej.
Spacerujemy liczkami Ajaccio. Jest czysto, zielono, malowniczo i czuć piętno historii. Do późnych godzin popołudniowych na ulicach dominuje intensywnych ruch, choć w zaułkach i zakamarkach wąziutkich uliczek można znaleźć ciszę i spokój. Urok Ajaccio oczarował nas, ale czas wracać na jacht, przed nami kolejne porty.

11.06.2007 godzina 02.25 uruchamiamy silnik, cumy, obijacze… mała naprzód…..kurs na Chiapelle.

Malutka sympatyczna zatoczka, z malutką sympatyczną plażą, przy której stoi malutka sympatyczna restauracja. Krótki postój i kurs na Bonifacio, perełkę południowej Korsyki, położoną na wysokim klifowym brzegu. Cały czas pogoda wakacyjna, wiatr E1 widzialność 7, ciśnienie 11017, temperatura powyżej 25C.

Bonifacio

Przy wejściu duży ruch. 15.20 cumujemy, rufa do kei, miejsca mało. Bonifacio jest najdalej położonym na południe miastem Kosyki, uroczo położonym na wapiennym skalistym cyplu, skąd roztacza się niezwykły widok na Morze Śródziemne. Malowniczy port u stóp urwiska tętni życiem. Pełno tu raczej drogich kawiarni, restauracji, sklepów i butików. Ale są tu też „pocztówkowe” krajobrazy.

Po Bonifacio można spacerować bez końca, różnorodność architektury i siła historii sprawia, ze nie jesteśmy w stanie nacieszyć się tym miejscem.

Szczególną uwagę i zadumę przykuwa tutejszy cmentarz, położony na zachodnim cyplu półwyspu. Z portu schody prowadzą do warownego starego miasta. Cytadela wzniesiona przez zwycięskich genueńczyków w końcu XII wieku dugi czas pełniła funkcje obronne, a w latach 1963-1983 mieściły się w niej koszary Legii Cudzoziemskiej.

Podziwiamy i zazdrościmy widoków jakie można mieć każdego dnia. Trudno opuścić to malownicze miejsce.
Zostajemy do rana. Wieczór spędzamy ponownie zwiedzając i rozkoszując się urokiem tego miejsca. Rano kawa, prysznic, uruchamiamy silnik. 1055 oddajemy cumy, kierunek Sardynia, północna Sardynia. Dziś pogoda bardziej żeglarska. Wiatr W2-3, ciśnienia 1014 hPa widzialność doskonała 8, temperatura powietrza, ok. 24-25C. Opuszczamy Bonifacio.

Przed dziobem Sardynia

Docieramy do portu Palau. Cicha, czysta włoska mieścina. Na lunch włoska pizza we włoskiej restauracji, warto było. 2 godziny na włoskim lądzie i o 16.25 ruszamy dalej, przed nami 3 Mm do stolicy Archipelagu Magdalena. Trochę żagli, trochę silnika i o 1705 cumujemy rufą w marinie Scuole. Największa metropolia w tym rejonie. Kolejne kolorowe miasteczko na naszej trasie.
Spacer i chwila wytchnienia przy włoskiej kawie we włoskiej kawiarni. W tutejszej marinie przyciągają wzrok repliki tradycyjnych żaglówek z tego rejonu Morza Śródziemnego.

Czas szybko płynie. 13-06-2007 11.10 uruchamiamy sinik, oddajemy cumy, kierunek Porto de Cavello malutka wysepka i malutki porcik Archipelagu Magdalena. Za rufą zostaje gościnne Scuole. 

Porto de Cavello

Pogoda raczej leniwa. Po ok. 3 godzinach żeglugi, około 11.10 docieramy do ukrytego wśród tysięcy skał małego portu Porto de Cavello na malutkiej wysepce położonej gdzieś pośrodku między Sardynią a Korsyką od wschodniej strony. 

To co tutaj spotkaliśmy nie przedstawiają żadne foldery reklamowe. Czysta przejrzysta woda, cisza i spokój, malownicza marina, piękna piaskowa plaża wśród skał. Ponton na wodę, kąpielówki, aparaty fotograficzne, płetwy, maski do nurkowania, chyba nie zapomnieliśmy niczego. Spędziliśmy tutaj tylko 2,5 godziny, ale atmosfera i urok tego miejsca wywarły na nas niezapomniane wrażenie. Powoli wracamy na jacht, przed nami Porto Veccio.

Wiatr E1, powoli przemieszczamy się pod żaglami, 18.55 zrzucamy żagle wiatr zanika, silnik mała naprzód.  

20.35 cumujemy rufą w Porto Veccio

Cichy port i malownicze zielone obronne miasteczko na wzgórzu, płożone na południowo-wschodnim brzegu Korsyki. Tu spędzamy wieczór i noc. Spacer wąskimi uliczkami, rzut okiem na morze z wysokich murów otaczających miasteczko, wspólna kolacja w restauracji, czas szybko płynie.

Poranna kawa i czas zbierać się dalej.1025 opuszczamy Porto Veccio. Jesteśmy świadkami ćwiczeń tutejszej służby ratowniczej.

Kierujemy się ku Potro de Tawerna, miła dla ucha nazwa. Pogoda cały czas śródziemnomorska, gorąco, słaby wiatr i słońce. Część załogi trenuje za rufą pływanie synchroniczne.

19.55 cumujemy w Porto de Tawerna 

Dość spora marina, ale całe zaplecze dopiero powstaje, może za rok czy dwa będzie to atrakcyjne miejsce, teraz to tylko kilka betonowych kei z wodą i prądem.
Po godzinie kierujemy się Elbie i Portoferraio, miejsca skąd zaczynaliśmy i miejsca gdzie będziemy kończyli naszą przygodę. Wiatr E2 pochmurno, ciśnienie 1013, widzialność 6. Wiatr powoli tężeje i odkręca ku SE. Nad nami grot i fok, wypełnione wiatrem. W nocy ok. 0200-0400 wiatr dochodzi do 5B, redukujemy powierzchnię żagli, mkniemy prędkością ponad 6 Kn.

Świtem podchodzimy do Portoferraio. Nad nami jeszcze groźne chmury, ale widać, że pogoda będzie się poprawiała.

Powoli opływamy cypel osłaniający port. Wpływamy do zatoki P.Ta. Falcone.

W porcie miejskim tankujemy paliwo i udajemy się do „naszej” mariny.
Ok. 08.00 sakramentalne „tak stoimy”. Koniec rejsu, choć przed nami jeszcze zwiedzanie Portoferaio, miejsca, gdzie przebywał na zesłaniu Napoleon. Czas na klar porejsowy, czas na pakowanie swoich bagaży, czas na ostatnie zakupy, czas na ostatni spacer po kawałku południowej, gorącej, kolorowej, słonecznej Europy.

Mija ostatni dzień rejsu, wszyscy jakby przygaśnięci, nostalgiczni, ale powoli rodzi się pomysł na kolejny rejs, już za rok, zleci jak z bicza strzelił. Dokąd będzie ?

Sobota 16.06.2007 

7.00 pobudka, ostatnie wspólne śniadanie na tym rejsie, do godziny 09.00 jacht zdany, bez problemów, atmosfera bardzo miła i sympatyczna. Czas do samochodów, czas na powrót. 
Do promów kolejka, a raczej duży korek. Żal opuszczać ten rejon „globusa”, żal, że czas tak szybko płynie, ale zostaje nam mnóstwo wrażeń i wspomnień których nigdzie do tej pory nie zaznaliśmy, może jeszcze kiedyś tu wrócimy. Za rufą zostaje reda Portoferraio.

Po lewej bucie ostatni rzut oka na urokliwy port i stare miasto skąd zaczynaliśmy rejs. Za rufą kilwater, a w nim mewy i wspomnienia, bardzo miłe i pozytywne wspomnienia. Przed dziobem „stały ląd”, Piombino i autostrady prowadzące do domu.

W rejsie uczestniczyli:

                  Darek O.                                  Darek S.                        Antoni                      Daniel
 

          Paweł K.                     Jacek                     Tomek                     Paweł B.                  Waldek

Powrót do "Relacji z rejsów"

AZYMUT
Ul. Lucjana Rudnickiego10/71, 01-858 Warszawa
E-mail: azymut@azymutczarter.com.pl
Tel/fax: 022/639 74 74; kom. 0-602 468 455