![]() |
RELACJE Z REJSÓW |
![]() |
|
|
||
|
|
||
| | Strona główna | Relacje z rejsów | | ||
|
Korsyka i Sardynia Jacht: Bavaria 42, trasa: Elba - Bastia, St. Florent, Ajaccio, Bonifaccio, Palau; termin: 02.06 - 16.06
Minął rok od ostatniej naszej wspólnej wyprawy do Irlandii (prawie ten sam skład załogi, ten sam „dostarczyciel” jachtu – Azymut Czarter Jachtów i Adam Kajdewicz, ukłony Panie Adamie), czas na kolejną, ekscytującą „wycieczkę”. Tym razem w planach mamy wypoczywać opływając wkoło Korsykę, zahaczając o północną Sardynie i archipelag Maddalena.
Ale do rzeczy. Dwa z trzech samochodów wyposażone są w CB, z trzecim kontakt mamy dzięki Michałowym Walkie-Talkie (szkoda, że w tym roku Michał nie mógł być z nami ciałem). Kierunek Cieszyn, w Cieszynie kupujemy winiety na dalszą trasę (Czechy i Austria razem ok. 110 pln). Pogoda jest niesprzyjająca, dość częste intensywne opady deszczu, dodatkowo ograniczenia w ruchu spowodowane robotami drogowymi, ale nas nic nie powstrzyma. We Włoszech, nie ma winiet, zaczynają się bramki na autostradach (warto mieć drobne euro ze sobą – przyspiesza przejazd, choć można płacić również kartami). 02.06.2007 około godziny
15.00 bez większych problemów docieramy do Piombino, trochę później niż planowaliśmy, ale najważniejsze, że cali i szczęśliwi, choć trochę zmęczeni. Przyjęliśmy taktykę następującą, jeden samochód prowadzi, w nim nie śpią kierowca i pilot, pozostałe trzymają się prowadzącego (cały czas kontakt radiowy), po około 2-4 godzinach zmiana prowadzącego. Po dotarciu do Piombino…i ustawieniu się w kolejce do promu… Po godzinie płynięcia promem, sprawnym rozładunku „turystów” jesteśmy o krok od celu, teraz pozostaje tylko zlokalizować „nasz” jacht w „naszej” marinie”…. Nasze podniecenie potęguje intrygująca panorama miasta i portu Portoferraio na Elbie, z którego zaczynamy nasz rejs. Docieramy do „celu”, a raczej do „startu”, na stole w messie „tradycyjne południowe powitanie”.
Mimo naszego zmęczenia (cała podróż trwała ok. 28 godzin) przejęcie jachtu przebiega sprawnie, obsługa mariny płynnie mówi po angielsku i wie jak nam pomóc.
00.30 główki portu miejskiego Bastia (polecam, niesamowicie malowniczy). Powoli szukamy miejsca do „parkowania” w zatłoczonym porcie, kolejna zacieśniona cyrkulacja i …… silnik zostaje w położeniu „luz”, skończyło się „wstecz”, skończyło się „naprzód”. Na szczęście warunki są sprzyjające, wiatru praktycznie nie ma, sprawnie ląduje ponton na wodzie, przykręcamy przyczepny silnik, odpalamy i….. całe szczęście, że na składzie były wiosła do pontonu. Wygląda to pewnie trochę niezdarnie, ale ok. 0130 dobijamy bezpiecznie do kei. Rano trzeba będzie uruchomić oba silniki. Z tym postanowieniem większość załogi zapada w swoich kojach w błogi sen. Paweł K i ja idziemy „w miasto” polować na zdjęcia.
Poranek wita nas słońcem i śródziemnomorskim ciepłem, temperatura powietrza ok. 25C.
Poranna kawa i … szukamy fachowca od silników.
I tu pierwsza konfrontacja z rzeczywistością. Mamy wrażenie, że o czymś takim jak język angielski zdecydowana większość tubylców nigdy nie słyszała, kolejne spostrzeżenie, to takie, że tu jest inna strefa czasowa, czas płynie innym tempem, jakby w zwolnionym tempie….po kilku godzinach irytacji i dyskusji między sobą dochodzimy do wniosku,
że nie tylko my jesteśmy na wakacjach, tubylcy także i to nie dwa tygodnie tak jak my, ale całe życie. Teraz jest nam dużo lżej, cóż….południowa mentalność, ale szanujemy przyzwyczajenia naszych gospodarzy.
Bastia, kwitnący port i stolica północnej części wyspy. Nad portem miejskim dominuje cytadela, a w mieście barwne budynki we włoskim stylu z XIX wieku. Wśród zabudowy spotykamy kamienice zadbane, odnowione i takie które sprawiają wrażenie, że za chwilkę rozpadną się, ale na wszystkich spotykamy, tak charakterystyczne dla południowej Europy, suszące się prania. Idziemy dalej…docieramy do Place St-Nicolas, leżącym przy nabrzeżu, gdzie przybijają promy z Francji i z Włoch i gdzie koncentruje się większość życia towarzyskiego.
Kluczymy średniowiecznymi wąskimi uliczkami wspinając się na wzgórza i schodząc do poziomu morza. Wszystko to sprawia, że nasze oczy nie mogą nacieszyć się tym co tu można spotkać.
Kończy się dzień a szanse naprawy silników nie zwiększają się, po „turystycznym” dniu czas na obiadokolację.
Z sąsiednich jednostek również roznoszą się smakowite zapachy. We wtorek rano udaje nam się „zmobilizować” fachowca od silników. 3-4 godziny pracy i oba silniki są sprawne, dostajemy fakturkę na 180 euro, firma czarterująca nam jacht (Bawaria 42) zobowiązuje się do zwrotu kosztów po powrocie do portu „macierzystego”. 15.00 uruchamiamy silnik, 15.05 mała naprzód, mijamy główki portu, KK050 i kurs na małą wysepkę Capraia.
Wieje NW1-2, widzialność 7, ciśnienie 1013 hPa, temperatura powietrza ok. 23C. Po 2-3 godzinach żeglugi wiatr powoli rośnie do 4B i odkręca NNW, później do NW. Śmigamy na żaglach, zapominamy o drobnych niepowodzeniach, uśmiech gości na wszystkich twarzach. 20.15 główki portu Porto Capraia, do kei podchodzimy rufą, 20.25 „tak stoimy”. Malutki malowniczy porcik, na malutkiej malowniczej wysepce na NE od Korsyki, jest 5 czerwca, a więc urodziny Jacka, w tym roku tu będziemy świętowali. Jest tort, jest butelka wina (5l= ok. 3 euro, ale są tańsze), jest „sto lat….” jeszcze sto lat… Poranek wita nas upałem i południowym lenistwem, część z nas zwiedza okoliczne wzgórza, część zwiedza …. najbliższą kawiarenkę (to się nazywa demokracja). Ale przed nami kolejne porty, kolejne miejsca które przyciągają obieżyświatów.
i około 15 Mm przed nami. Wiatr NW 2, a więc żagle, fok i grot wypełnione wiatrem. Podobno w potach jachty próchnieją, a załogi schodzą na psy, ale jest na to antidotum …. odrobina prac pokładowych podnosi „wartość” załogi. Pogoda rozpieszcza nas, temperatura powietrza powyżej 25 C, wody 22 C, a więc utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała nie jest sprawą błahą.
Ok. 17.00 mijamy główki portu Maginaggio. Niewielkie miasteczko na północy Korsyki pełne kawiarenek i restauracji, ale nad wszystkim dominuje duża marina, pełna jachtów i motorówek najróżniejszej wielkości i pod banderami z całego basenu Morza Śródziemnego i okolic. W trakcie powrotu na jacht mamy okazje obserwować „regionalne” rozgrywki w „kulki”. Późnym wieczorem opuszczamy Maginaggio i udajemy się w kierunku St-Florent. 22.40 uruchamiamy silnik, cumy, obijacze…klar na pokładzie, kurs na St-Florent, część załogi odpoczywa w kojach, trzy osoby na pokładzie prowadza jacht do następnego portu. Temperatura powietrza ok. 25 C, wiatru zero, widzialność 7, w koło pusto, tylko światełka na lądzie, burczenia silnika i gwiazdy na niebie, a są ich miliony. Czwartek, 07-06-2007 świt, powoli zbliżamy się do St-Florent Nad Korsyką, a raczej na korsykańskimi górami utrzymują się cały czas chmury, w pierwszych dniach naszej żeglugi wzbudzało to naszą niepewność, teraz jesteśmy już prawie pewni, że taki pejzaż jest tu normalny, w górach chmury, w koło błękit nieba. Góry na Korsyce dochodzą do 2 770 m.n.p.m (są wyższe niż nasze Rysy). St-Florent to podobno francuskie St-Tropez, szykowne, zamożne, pełne jachtów i motorówek z całego basenu Morza Śródziemnego. Cytadela (zamknięta dla zwiedzających) z 1439 r jest świetnym przykładem genueńskiej architektury obronnej. W mieście po którym przyjemnie pospacerować, najciekawsza jest XII wieczna pizańska Katedra de Santa Maria Assunta leżąca w głębi lądu.
Miasto budzi się dopiero do życia, powoli pojawiają się pierwsi goście kawiarni, oczekując na śniadanie. Korsyka pełna jest winnic, każda z winnic posiada swój „firmowy” sklepik, każdy ma swój niepowtarzalny styl i urok. Idziemy dalej małymi korsykańskimi uliczkami. Czas opuścić St-Florent.
Miejscowość założona w 1758r przez Pasquale Paologo jest dzisiaj głównym ośrodkiem wypoczynkowym i portem promowym Korsyki. W centrum miasta znajduje się ocieniony platanami plac Paoli, na północ od placu hala targowa a za nią Stare Miasto. 19.15 żegnamy Ile Rose, przed nami ok. 10 Mm do Calvi. Ciepło ok. 25 C, ciśnienie 1014, woda gładka, silnik popycha nas do przodu z prędkością 5 kn.
Do Calvi trafiliśmy w ciekawym momencie, w czasie gdy odbywa się tu festiwal jazzowy. W koło słychać muzykę, życie tętni, mnóstwo ludzi spaceruje nadmorskim bulwarem, prawie wszystkie stoliki w restauracjach są zajęte. Do późnych godzin nocnych miasto żyje a my wraz z nim. To właśnie tutaj admirał Nelson stracił 1794r oko. Dzisiejsze Calvi jest miastem garnizonowym i tanią miejscowością wypoczynkową. W cytadeli z XV w stacjonuje doborowa jednostka Legii Cudzoziemskiej. Calvi chce być uznane, ze miejsce urodzin Kolumba, ale nie ma na to żadnych konkretnych dowodów. O wiele bardziej uzasadnionym powodem do dumy są tutejsze uliczki i tutejsza kuchnia, świetna i w umiarkowanych cenach.
W czerwcu odbywa się tu festiwal jazzowy, którego echo widać i słychać niemal w każdym miejscu Calvi. Grupy grajków można spotkać nie tylko na ulicach i skwerach, ale również w restauracjach. Najwięcej zainteresowania wzbudza pochód złożony z kilkudziesięciu jazzmenów i jazzmenek przemieszczający się powoli uliczkami w rytm granej muzyki. Wakacyjna atmosferę i humory przyćmił nam fakt kłopotów zdrowotnych jednego z nas. Niestety Tomek musi nas opuścić i wracać do Polski. Szczęście w nieszczęściu, że pod Calvi jest lotnisko i całkiem dobre połączenia lotnicze do Polski.
Płyniemy w kierunku małej zatoczki Girolata. Przemieszczamy się wzdłuż brzegu, czasami mijając inne jachty. Przed nami ok. 25 Mm. Tym razem posiłek wypadł nam na wodzie. Pogoda bez zmian, gorąco i prawie bezwietrznie. Tylko te chmury na górami… Około 15.00 podchodzimy do zatoki Girolata której pilnuje średniowieczna cytadela. Tu cumuje się na redzie. Są przygotowane boje cumownicze, a na ląd można dostać się jedynie pontonem lub wpław. Sam porcik jest malutki, raczej rybacki, na brzegu kilka małych restauracji, prawie pusto, to miły odpoczynek po miejskim zgiełku. Na ląd wybieramy się grupami, jedni zwiedzają drudzy pilnują bezpieczeństwa jachtu. Do Cargese dobijamy ok. 20.50. Cargese spogląda na morze ze wzgórza leżącego między zatokami Sagone a Pero. Wielu mieszkańców to potomkowie greckich uciekinierów spod tureckiego jarzma, szukających w XVII w schronienia na Korsyce. Krótki spacer, kawa w przyportowej tawernie i płyniemy dalej. 2220 oddajemy cumy, silnik mała naprzód. Nad ranem powinniśmy być w Ajaccio.
10.06.2007 godzina 04.45 cumujemy w stolicy Korsyki, Ajaccio. Zaczyna świtać. Cumy na lądzie, prąd podłączony…Poranek zaczynamy od….olejków do opalania…prawdziwi z nas turyści.
Po śniadaniu wycieczka. Chcemy wypożyczyć samochody i ruszyć z głąb Korsyki, podobno Corte jest perełką Korsyki, warto to sprawdzić.
Mamy czas na spacer po uliczkach, wśród których znajdujemy kolejną klimatyczną winniczkę, a raczej piwniczkę. 11.06.2007 godzina 02.25 uruchamiamy silnik, cumy, obijacze… mała naprzód…..kurs na Chiapelle. Malutka sympatyczna zatoczka, z malutką sympatyczną plażą, przy której stoi malutka sympatyczna restauracja. Krótki postój i kurs na Bonifacio, perełkę południowej Korsyki, położoną na wysokim klifowym brzegu. Cały czas pogoda wakacyjna, wiatr E1 widzialność 7, ciśnienie 11017, temperatura powyżej 25C. Bonifacio
Przy wejściu duży ruch. 15.20 cumujemy, rufa do kei, miejsca mało. Bonifacio jest najdalej położonym na południe miastem Kosyki, uroczo położonym na wapiennym skalistym cyplu, skąd roztacza się niezwykły widok na Morze Śródziemne. Malowniczy port u stóp urwiska tętni życiem. Pełno tu raczej drogich kawiarni, restauracji, sklepów i butików. Ale są tu też „pocztówkowe” krajobrazy. Po Bonifacio można spacerować bez końca, różnorodność architektury i siła historii sprawia, ze nie jesteśmy w stanie nacieszyć się tym miejscem.
Szczególną uwagę i zadumę przykuwa tutejszy cmentarz, położony na zachodnim cyplu półwyspu. Z portu schody prowadzą do warownego starego miasta. Cytadela wzniesiona przez zwycięskich genueńczyków w końcu XII wieku dugi czas pełniła funkcje obronne, a w latach 1963-1983 mieściły się w niej koszary Legii Cudzoziemskiej. Podziwiamy i zazdrościmy widoków jakie można mieć każdego dnia. Trudno opuścić to malownicze miejsce. Przed dziobem Sardynia
Docieramy do portu Palau. Cicha, czysta włoska mieścina. Na lunch włoska pizza we włoskiej restauracji, warto było. 2 godziny na włoskim lądzie i o
16.25 ruszamy dalej, przed nami 3 Mm do stolicy Archipelagu Magdalena.
Trochę żagli, trochę silnika i o 1705 cumujemy rufą w marinie Scuole. Największa metropolia w tym rejonie. Kolejne kolorowe miasteczko na naszej trasie. Czas szybko płynie. 13-06-2007 11.10 uruchamiamy sinik, oddajemy cumy, kierunek Porto de Cavello malutka wysepka i malutki porcik Archipelagu Magdalena. Za rufą zostaje gościnne Scuole. Porto de Cavello Pogoda raczej leniwa. Po ok. 3 godzinach żeglugi, około 11.10 docieramy do ukrytego wśród tysięcy skał małego portu Porto de Cavello na malutkiej wysepce położonej gdzieś pośrodku między Sardynią a Korsyką od wschodniej strony.
To co tutaj spotkaliśmy nie przedstawiają żadne foldery reklamowe. Czysta przejrzysta woda, cisza i spokój, malownicza marina, piękna piaskowa plaża wśród skał. Ponton na wodę, kąpielówki, aparaty fotograficzne, płetwy, maski do nurkowania, chyba nie zapomnieliśmy niczego. Spędziliśmy tutaj tylko 2,5 godziny, ale atmosfera i urok tego miejsca wywarły na nas niezapomniane wrażenie. Powoli wracamy na jacht, przed nami Porto Veccio. Wiatr E1, powoli przemieszczamy się pod żaglami, 18.55 zrzucamy żagle wiatr zanika, silnik mała naprzód. 20.35 cumujemy rufą w Porto Veccio
Cichy port i malownicze zielone obronne miasteczko na wzgórzu, płożone na południowo-wschodnim brzegu Korsyki.
Tu spędzamy wieczór i noc. Spacer wąskimi uliczkami, rzut okiem na morze z wysokich murów otaczających miasteczko, wspólna kolacja w restauracji, czas szybko płynie. Kierujemy się ku Potro de Tawerna, miła dla ucha nazwa. Pogoda cały czas śródziemnomorska, gorąco, słaby wiatr i słońce. Część załogi trenuje za rufą pływanie synchroniczne. 19.55 cumujemy w Porto de Tawerna Dość spora marina, ale całe zaplecze dopiero powstaje, może za rok czy dwa będzie to atrakcyjne miejsce, teraz to tylko kilka betonowych kei z wodą i prądem. Świtem podchodzimy do Portoferraio. Nad nami jeszcze groźne chmury, ale widać, że pogoda będzie się poprawiała.
Powoli opływamy cypel osłaniający port. Wpływamy do zatoki P.Ta. Falcone. W porcie miejskim tankujemy paliwo i udajemy się do „naszej” mariny. Mija ostatni dzień rejsu, wszyscy jakby przygaśnięci, nostalgiczni, ale powoli rodzi się pomysł na kolejny rejs, już za rok, zleci jak z bicza strzelił. Dokąd będzie ? 7.00 pobudka, ostatnie wspólne śniadanie na tym rejsie, do godziny
09.00 jacht zdany, bez problemów, atmosfera bardzo miła i sympatyczna. Czas do samochodów, czas na powrót. Po lewej bucie ostatni rzut oka na urokliwy port i stare miasto skąd zaczynaliśmy rejs. Za rufą kilwater, a w nim mewy i wspomnienia, bardzo miłe i pozytywne wspomnienia. Przed dziobem „stały ląd”, Piombino i autostrady prowadzące do domu. W rejsie uczestniczyli:
|
AZYMUT
Ul.
Lucjana Rudnickiego10/71, 01-858
Warszawa
E-mail:
azymut@azymutczarter.com.pl
Tel/fax: 022/639 74 74; kom. 0-602 468 455