RELACJE Z REJSÓW
|  Strona główna  |  Relacje z rejsów   |    

„Na Kanaryjskich szantowo”

Jacht: Bavaria 46C, trasa: St. Cruz - San Sebastian, San Miguel, Mogan, Las Palmas; termin: 05.04 - 12.04

Marina del Atlantico w St. Cruz

Jednym z ostatnich klasycznych żeglarskich akwenów, których do tej pory nie znałem z doświadczenia były Wyspy Kanaryjskie, ale szczęśliwie lukę tę udało mi się wypełnić w kwietniu 2008 roku wraz z bardzo sympatyczną załogą, którą stanowili: Leszek, Krzysiek i Wojtek z Olsztyna, Adam z Białegostoku oraz Włodek, Marek, Jasiek i Igor z Warszawy. 

Na lotnisku zaskoczył mnie widok gitary, którą Krzysiek zabrał na rejs, rzecz raczej niecodzienna, ale chwała autorowi pomysłu, bowiem gitara stała się dodatkowym członkiem załogi. 

Poznawanie jachtu - Marek i Jasiek  

Przelot Iberią z Warszawy na północne lotnisko Teneryfy - Tenerife Norte los Rodeos – z krótką przesiadką w Madrycie mamy bez opóźnień. Stąd wieczorny kurs taksówką za 19 Euro do Marina del Atlantico i jesteśmy w domu, a dokładniej na jachcie Sun Odyssey 45, na którym mamy dzisiaj w piątek dobę hotelową. Kolacja na mieście i na jachcie, długi wieczorek zapoznawczy, który ciągnął by się dalej, ale niestety niedobry kapitan zasugerował koniec imprezy. Nazajutrz przebazowujemy się na Bavarię 46 Cruiser z firmy ECC, eleganckie cacko, które jak się później okaże tak żegluje jak wygląda. Podoba się nam też jej nazwa „Watchingman”.

Szanta za szantą - Leszek z gitarą 

Sobota

Ok. 1600 kurs na Gomerę, za rufą zostaje pierwszy dzień i na pożegnanie gmach opery o niecodziennym wyglądzie. Spokojny baksztag 2 – 3B niespiesznie prowadzi wzdłuż kolejnych przylądków. Zachodzące słońce wprawia w refleksyjny nastrój, z myśli odpływają codzienne sprawy i troski, tygodniowy rejs bierze nas w objęcia. Po kolacji na pokładzie znów królują szanty.

Niedziela

Po północy nachodzi flauta, po kilku godzinach „twarzowe” 2B, ale nie czas na halsy. Powierzamy maszynie dopłynięcie do Gomery, tylko tygodniowy rejs ustawia priorytety. Nad ranem stajemy w San Sebastian, dużej i eleganckiej marinie, opłata 24 Euro. Po dość spóźnionym śniadaniu załoga bierze taksówki i wspina się w górę do parku, mnie zatrzymują na pokładzie niestety sprawy firmowe i konwersacja z laptopem. Aby mieć dostęp do internetu kupiłem kartę SIM za 10 Euro hiszpańskiego operatora Yoigo. Wystarczyła ona cały tydzień swobodnego surfowania w sieci, w tym odbioru prognozy pogody.

Droga na Gomerze 

Korespondencja nie trwała w nieskończoność i w końcu znalazłem czas na miasteczko. San Sebastian jest stolicą wyspy, ale to raczej niewielka i spokojna miejscowość, z niskimi, białymi domami o płaskich dachach pośród palm. Centralny plac miasta znajduje się w pobliżu mariny i do Kościoła Wniebowstąpienia z czasów Kolumba jedynie kilka kroków. Najstarszym zabytkowym obiektem na wyspie i zarazem na Wyspach Kanaryjskich jest zbudowany z wapienia bastion obronny z XV wieku, zwany Wieżą Książęcą. Wieża jest dominującym punktem przyjemnego parku, otoczona palmami, platanami i inną egzotyczną roślinnością. Trudno w nim się nie zatrzymać chociażby na chwilę. Plusem San Sebastian są dobre dania w przedziale 7 – 10 Euro. Sama marina jest bardzo malownicza i leży u podstawy imponującego, skalnego urwiska, jest dobrze osłonięta od fal i posiada pływające pomosty.

La Gomera była w latach 60-tych bardzo popularna wśród hippisów szukających odosobnienia i kontaktu z naturą. Na wyspie nie ma dużych, piaszczystych plaż i La Gomera nadal jest spokojna. Klejnotem wyspy jest Park Narodowy Garajonay wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO - jeden z najstarszych obszarów leśnych na świecie. Na powierzchni ok. 4000 ha zachował się w nim las śródziemnomorski w kształcie jak przed nastaniem epoki lodowcowej.  W parku można znaleźć bardzo bogatą florę, drzewa laurowe, mirtu, palmy kanaryjskie i wiele innych oraz ok. 1000 okazów fauny. Park posiada charakterystyczne krajobrazy: głębokie wąwozy, szczyty gór, tarasowe zbocza, a pośród bujnej roślinności biegnie w nim 18 pieszych szlaków. Najwyższy szczyt ma 1487 m. Wieczorem znów czas śpiewania, a naszym gościem jest sympatyczna Irlandka Mascha z mocno słowiańskim, rosyjskimi korzeniami, spędzająca swoje wakacje na Gomerze. 

Mascha

Zakątki na Gomerze 


Adam i Krzysiek w tandemie

Poniedziałek

Od rana 5 – 6 B z południowego zachodu. Takie wiatry zdarzają się tutaj podobno co dwa miesiące, przeważają wiatry z północno-wschodniej „ćwiartki”, ale skoro dzisiaj właśnie są doceniamy ten prezent od Neptuna. Co bardziej optymistyczne, ma tak wiać trzy dni. Pół grota i genui przy 7 – 8 w szybko przybliża nas do południowego cypla Teneryfy. Znów baraszkujące delfiny, tym razem dużo większe niż poprzednio i zdradliwe słońce, niby nie grzeje mocno, ale ci nieposmarowani wieczorem poczują jego kanaryjskie powitanie. 
Przy Teneryfie z wiatru zostaje jedynie duży rozkołys, znów zatem pora motorówki, ale w pobliżu San Miguel, dokąd zmierzamy znów 5- 6 B. Wejście jest płytkie, do 3,3 m głębokości, a w porcie wiatr jeszcze się wzmaga. Po manewrach na styk cumujemy w marinie longside z ulgą. Na jacht przychodzi z wizytą Włodek, skipper polskiego jachtu stojącego po drugiej stronie pirsu. Wymieniamy uwagi o akwenie, mówimy o planach, jest miło. Wiatr gwiżdże w takielunku, ale nie czas teraz martwić się na zapas jego harcami. Dzisiaj na kursie tawerna razem z załogą z jachtu Włodka.

Podejście do Mogan 

Wtorek

Rano uiszczam 30 Euro za postój, odchodzimy. Na kei żegna nas Włodek, cieplej robi się na duszy. Pod salingiem naszej Bavarii łopocze polska flaga. Czas na Puerto de Mogan na Gran Canarii. Znów 5–6 B, pół żagli, spora, długa fala i piękny baksztag. 
Znika Teneryfa, Gran Canarii jeszcze nie widać, jesteśmy na oceanie. „Watchingman” łagodnie żegluje, jest stabilny na kursie. Stoję na pokładzie, a kojący szum kolejnej, obejmującej jacht fali, wyzwala we mnie ekstatyczny stan umysłu, w którym świadomość majestatu chwili stopiona jest z marzeniem o tej żegludze bez końca. Bring me that horizon pulsuje w wyzwolonym umyśle. 

Mogan

Przy Gran Canarii cisza, godzina pomruku silnika i stajemy w Puerto de Mogan. Cumujemy przed hotelem, a dla gości nasze podejście to atrakcja wpisana pewnie w cenę. Postój 32 Euro. 

Puerto de Mogan jest niewielkim kurortem z bardzo spektakularną mariną, półkolistą plażą i dziesiątkami kafejek. Chyba każdy, kto żegluje wokół Gran Canarii zagląda do tego portu, a warto go odwiedzić za względu na malownicze położenie na tle gór, ładną zabudowę i mnóstwo kwitnących bugenwillie. Spacer po tym urokliwym miasteczku i kolacja w jednej z kafejek będzie niezapomnianą chwilą. 

Środa

Załoga od rana rozsypała się po porcie, a skippera wiadomo, ciągnie na morze, ma bowiem swoją ustaloną marszrutę. W końcu są wszyscy, jeszcze tylko kontrolne tankowanie i w drogę. Na morzu flauta z rozkołysem i wiać zaczyna gdzieś od Maspalomas na południu Gran Canarii. Znana i rozrywkowa Maspalomas z doskonałymi hotelami i ukwiecanymi ogrodami jest jak mówią niczym oaza wśród saharyjskich wydm parku krajobrazowego Dunas de Maspalomas. Z pokładu widać jedynie latarnię morską El Faro i piękną, kilkukilometrową plażę ze złotym piaskiem. 

Wojtek trzyma kurs

Stopniowo wiatr tężeje wokół przylądków, tak, że na skrawku genui ciągniemy swoje 8 w. Wokół morze pieni się i furczy od szkwałów, nie ma jednak dużej fali i „Watchingman” także w tych warunkach żegluje bezproblemowo. Emocji jest jednak cokolwiek więcej niż wczoraj, ale wszystkim podoba się taka żegluga. Pewnie wpłynęliśmy w jedną ze stref przyspieszonego wiatru o których pisze locja, tylko że przedstawia one te strefy dla przeważających kierunków wiatrów z północnego wschodu. Przy aktualnym wietrze z SW musimy sobie te strefy wyobrazić. 

Po opłynięciu wschodniego przylądka Gran Canarii wiatr zamiera i do Las Palmas, a dokładniej do mariny Puerto de la Luz znów żegluga motorowa. 

Przy kapitanacie mariny Puerto de la Luz - Jasiek i Igor

Sympatyczny ”el capitano” łaskawie liczy nam koszty postoju po swojemu i za postój do piątku płacę tylko 24 Euro. Miło, może po prostu dobrze mi z oczu patrzy, a może dlatego, że próbuję z nim mówić po hiszpańsku. Zanim skończyliśmy z cumowaniem i przekąską upłynęło trochę czasu i już dzisiaj tylko krótki zapoznawczy spacer i spokojna kolacja w pobliskiej restauracji i przekomarzanie się z sympatyczną Tajką z obsługi. Młodsza cześć załogi wybrała ostrzejszy wariant wieczoru – harce w dyskotece, pozostali drinka i szanty na jachcie. 

 

Na tle portu w La Palmas - Adam i Włodek 

Czwartek

Marina Puerto de la Luz jest naprawdę wielka i bardzo dobrze chroniona. Dla jachtu można tu kupić wszystko w jednym z licznych sklepów żeglarskich wzdłuż portu. Dla żeglarzy miasto kojarzy się z wieloma wyprawami za „wielki staw” (Atlantyk) lub dalej. W marinie pełno jest nie tylko typowych jachtów czarterowych, ale i najróżniejszych jednostek obieżyświatów, małych i dużych, mono i katamaranów. Łatwo je poznać z daleka i niedługo pewnie gdzieś popłyną w daleki rejs. 

Park

Od mariny kierujemy się w stronę starego miasta, ale do niego spory kawałek. Nie szkodzi. W małych uliczkach gęsto od palm. Nasz pierwszy cel zwiedzania to parki, a te są rewelacyjne. Można tu znaleźć całe bogactwo tropikalnych wysp Kanaryjskich i dobrze, że nie jestem botanikiem, bo pewnie tekst wydłużyłby się znacznie. Dla mnie w skrócie – bajkowo. 
Park ciągną się w górę aż do kościoła z monumentalnym krzyżem odkrywając co chwilę swoje nowe widoki. Miasto jest zadbane, czyste, widoczna jest dbałość także o małe rzeczy, jak chociażby urozmaicone wzory płytek chodnikowych. Niby to niewiele, a jednak. Po zejściu ze wzgórza czas na chwilę pokrzepienia w tawernie przed dalszym marszem. 

Marina Puerto de la Luz w Las Palmas

Las Palmas jest stolicą Gran Canarii i ważnym ośrodkiem turystycznym i to widać. W końcu dochodzimy do najstarszej części miasta - Vegueta ze słynną gotycką Katedrą Św. Anny, której budowę zaczęto w 1500 roku. Stale rozbudowywana, wewnątrz bogato zdobiona, wywiera duże wrażenie. W pobliżu można zwiedzić także dom i muzeum Kolumba - Casa de Colon. Dzielnica posiada swoją urodę i klimat, a w wąskich uliczkach j na małych placykach życie płynie bez pośpiechu wymuszając i na mnie, razem z Włodkiem i Markiem mały przystanek na kamiennej ławce obok fontanny i chwilę kontemplacji nad pytaniami bez odpowiedzi. 

Piątek

Do Santa Cruz na Teneryfie jest ok. 55 Mm i aby być po bezpiecznej stronie wychodzimy ok. 0400 na ranem. Wolno ciągniemy w górę na silniku aż do północno –wschodniego cypla wyspy, dalej już bardzo pełnym bajdeiwndem 4 – 5 B bowiem wiatr wrócił do normy i wieje jak należy z północnego wschodu. 

Wesołe chwile

Nasza załoga

Dzień upływa na wspominaniu, oglądaniu delfinów, przyjacielskich rozmowach i planach a rejs, no cóż, ten zawsze jest za krótki. Nie ma dziś upału, czasem nawet pokropi i tylko oceaniczna, długa fala z nałożoną siatką mniejszych falek, kołysze statek jak to czyniła od wieków. Z daleka widać gmach opery i wejście do mariny. Ostatni raz podajemy cumy kończąc morska część podróży. Lot mamy w sobotę o 0300, jutro będzie dzień na Teneryfę. Na razie czas na spacer do supermarketu, aby dokonać wyboru trunków na prezenty, są w dużym wyborze i atrakcyjnych cenach.

Sobota

Wulkan Teide na Teneryfie

Po wczorajszym długim wieczorze kapitańskim i późnym zjawieniu się w wypożyczalni okazuje się, że wolne samochody są dopiero od 1500. Czas na kolejny spacer po Santa Cruz, przyjemnym i wesołym, tętniącym życiem mieście. 

Po południu kurs na wulkan Teide, ale po drodze jest jeszcze zielona i malownicza dolina Orotava i Puerto de la Cruz. Wolno pniemy się w górę zostawiając palmy, potem już tylko piniowy las i wreszcie na horyzoncie bieleje ośnieżony szczyt o wysokości 3700 m. Jest za późno na wjazd kolejką na górę. Trudno. Stajemy za to co chwila, aby napawać się niesamowitymi widokami. Na rozległym terenie Parku zachwycają i zdumiewają kolory i kształty wulkanicznych skał. Przychodzą na myśl księżycowe lub marsjańskie krajobrazy, bije z nich surowość i potęga pierwotnych aktów wulkanicznego tworzenia. Natura w stanie uśpienia pozwalająca na chwilę przyjrzeć się swojej mocy, zanim przemówi ponownie. 

Na wyspach byliśmy tylko tydzień, ale wrażenia pozostaną na długo. Drugi tydzień dałby nam szansę na złociste wybrzeże Fuerteventury i jej turkusowe wody, żar ponad 100 wulkanów Lanzarote czy piękno nieskażonej przyrody na La Palmie. No cóż, szczęście nigdy nie jest pełne.

Krajoibrazy Teide

Jestem mocny i szcześliwy- Jasiek

Zainteresowanych żeglugą na Wyspach Kanaryjskich proszę o kontakt. azymut@azymutczarter.com.pl
Adam Kajdewicz

Powrót do "Relacji z rejsów"

AZYMUT
Ul. Lucjana Rudnickiego10/71, 01-858 Warszawa
E-mail: azymut@azymutczarter.com.pl
Tel/fax: 022/639 74 74; kom. 0-602 468 455